Doktor Petrowski znany był w ZONIE jako Faust. Z wykształcenia fizyk, w praktyce jednak poszukiwacz sławy. Całą swoją karierę naukową postawił na jedną kartę. Wyruszając do Strefy miał nadzieję na dokonanie odkryć, za które nobel byłby zbyt marną nagrodą. Faustem nazywano go, gdyż mimo imponującej wiedzy ciągle głosił konieczność poszerzania horyzontów, uznając swoje dotychczasowe osiągnięcia za nic nie warte. Oczywiście gdy tylko dowiedział się o Spełniaczu Życzeń, wyruszył do sarkofagu, aby sprawdzić legendę.
Dimitri Grigorijorowicz Petrowski zwany Faustem znał się na broni. Samodzielnie nawet usprawniał ją bojownikom Powinności w zamian za trochę rubli i możliwość uczestniczenia w badaniach organizowanych przez tę frakcję. Mówiąc w skrócie: nie był to typowy doktorek w białym fartuszku, z nosem między stronicami notatek. Jak było trzeba, to umiał coś lub kogoś zastrzelić, rozwalić jakiś mur własnoręcznie wykonaną bombą, łeb ukręcić, przekupić wojskowych i tak dalej, i tak dalej. Pewnie dlatego najchętniej działał samodzielnie.
Tak było i tym razem. Dopiero za trzecim podejściem udało mu się przedostać przez Prypeć do elektrowni. Poprzednie dwie próby uniemożliwiły mu przeważające siły Monolitu okupujące północną część miasta. Kiedy Powinnościowcy zaatakowali fanatyków, nastała dogodna sytuacja, w której korzystając z zamętu walki Faust cichcem ominął wszystkie przeszkody i dotarł na miejsce.
Wyjątkowo silna emisja, która dzień wcześniej nawiedziła ZONĘ, wyczyściła doktorowi drogę do sarkofagu. Jedynie paru zombiaków kręciło się w okolicy, ale nie stanowili większego zagrożenia jeśli się ich nie drażniło. Zresztą, Faust wiedział, że strzelanie do nich nic mu nie da, a wręcz pozbawi go „straży tylnej”.
Korytarze wiodące do Spełniacza stały się domem dla licznych snorków, najwidoczniej dawno już nikt nie odwiedzał tego rejonu. Petrowski załatwił je jednego po drugim przy pomocy swojego shotguna. Bez większych problemów dotarł do komnaty.
Pomieszczenie spowite było niebieską poświatą, emanującą od kryształu. „A więc to jest Monolit” – pomyślał fizyk i zbliżył się do celu swojej wędrówki. Ściągnął maskę ze swojego kombinezonu z zamkniętym obiegiem powietrza. Ukazała się jego jasna, poważna twarz z zielonymi oczami wpatrzonymi w obiekt pożądania. Bezładna fryzura zdawała się jakby poddawać elektrolizie. Faust obserwował kryształ jeszcze przez parę minut, jakby zahipnotyzowany jego tajemniczą aurą. W końcu zaczerpnął powietrza pełna piersią, otworzył usta i wypowiedział:
- Chcę posiąść całą wiedzę jaka istnieje. Chcę wiedzieć wszystko!
Stalker poczuł zawroty głowy. Zaczął drżeć w konwulsjach. Jego gałki oczne odwróciły się. Padł na twardą posadzkę. Skręcał się w bólu, a jego świadomości ukazywały się przeróżne obrazy, słyszał głosy nienależące do nikogo, słowa nigdy nie wypowiedziane. Widział rzeczy przekraczające ludzkie pojęcie. I nagle wszystko ustało.
Ciemność, cisza, nicość. Bezwartościowość i obojętność. „To jest warte mniej niż psia karma”. ZONA. Ucisk, skrępowane ciało, powoli odzyskiwana ostrość wzroku, wyłaniające się kolory i kształty. Biały fartuch, białe fartuchy. Biała strzykawka, białe ściany, białe włosy, ciemna gęba.
- Spokojnie, tu będzie ci dobrze. Zaopiekujemy się tobą, wszystko będzie w porządku. – słyszał Faust pośród odmętów halucynacyjnych myśli.
- Wiem… – powiedział otępiale, puszczając strugę śliny z ust. – Wiem, że nic nie wiem. Wiem, nic nie wiem. Wiem.
Białe postaci stały się wyraźne. Poirytowane spojrzały na siebie.
- Cholera, kolejny filozof. Dajcie go do 105-tki do Konfucjusza. – zarządził człowiek o śniadej cerze i mlecznobiałych włosach.
- Zaaplikować mu „głupiego Jasia”? – zapytał inny, młodszy.
- Wiem, że nic nie wiem. – bełkotał Faust.
- Nie trzeba… – odpowiedział śniady.
Młodszy gość w białym fartuchu pchnął wózek z Faustem. Ten szarpnął się, ale nic nie wskórał wobec krępującego go kaftana bezpieczeństwa.
- No chłopie, przed tobą długa droga. – rzekł donośnie młody i zaśmiał się jeszcze donośniej.
- Wiem…
- Wiesz?
- … że nic nie wiem. – mamrotał dalej Petrowski.
No, grubo… Fajna anomalia przy elektrowni, miasto (Limańsk?) pełne mgły a jego klimat nieco jakby...
Nie ma płodzików. Typowe nibembeństwo GSC.
Coraz trudniej o te obrazki świąteczne w tematyce Stalkera.
Przepiękny obrazek. Nibypies w świątecznych porteczkach i serce Czarnobyla jako gwiazdka na choinkę mnie...
W końcu po tylu latach przeczytać ten wpis – świetne uczucie :)