przez Voldi w 27 Sie 2013, 12:59
Barman i jakichś dwóch fagasów. Przy jednym stoliku. Szefunio wysłuchuje, a tamci zaglądają co rusz do kielicha i suszą kolejną flaszkę. Mijam ich dość szerokim łukiem, kiedy słyszę od jednego: "Kułłwa, Łewich...". Kolo podnosi łeb do góry i wzdychając boleśnie patrzy na mnie czerwonymi, załzawionymi oczami. Przystaję na moment. Łapie mnie niepewnym chwytem za kurtkę i przyciąga do siebie. "Łewich... je... je szzzzżyee..." - bełkocze. Zlewam to jego zawodzenie, no bo co mnie obchodzi jakiś frajerzyna. Kumpel im się skończył, to stypę robią. Czekam, jeszcze spokojny, aż pijus mnie puści i będę mógł zaszyć się przy moim ulubionym stoliku. Ee... nie będę mógł. Zajęty. Psia jego mać. No i tamten nie puszcza.
- Gościu, weź mnie puść. - W końcu się odzywam.
- Aee... Aee... Łewich... je szzzzyje...
- Przykro mi. - Rzucam bezsensowną formułką, bo i co mam zrobić?
- Ty wieszzz... Wieszzz chooo tfooo byy Łe... Łewich? - Pijany luzuje trochę dłoń i zaczyna wymachiwać chaotycznie palcem wskazującym. Nic nie rozumiem z jego bełkotu, ale nie odejdę, bo jeszcze kulę w plecy oberwę, albo co gorsza, kto inny... Kto go tam wie. Zamiast tego, kucam przed nim, sam nie wiem czemu.
- Nie wiem, kto to był... Rewik? - Rzucam, bo nie rozumiem imienia.
O ku*wa.
Rewik.
Jasne, że wiem. Czuję, jak serce przyśpiesza, a gotująca się krew uderza do głowy i rozchodzi po wszystkich częściach ciała. Jednocześnie mam wrażenie, że ono i wszystko inne dookoła mnie się zatrzymało. Jak to "Rewik nie żyje"?! No niemożliwe. Zaczynam dostawać głupawki, w jednej chwili wszystko wokół runęło. Wywijam wzrokiem dookoła, łapię się krawędzi stołu, przy którym kucam, patrzę pytająco na twarze stalkerów. Na jednego, drugiego, zalanych łzami, na barmana patrzącego gdzieś w dal z posępną miną. Bezwładnie opadam na podłogę i skulony wtulam głowę w ramiona. Jak to "Rewik nie żyje"?! Przecież to niemożliwe. Przecież niedawno wrócił z drugiego brzegu Prypeci, przecież to dobre dwadzieścia kilometrów nieznanego. Przecież on... Niemożliwe. Ale jak to?
Setki wspomnień, tysiące myśli, miliony pytań przelatują mi przez głowę w ciągu sekundy, trwającej wieczność. Rewik - człowiek, który nauczył mnie wszystkiego. Wspierał, pomagał, nieraz wstawiał się za mną, kiedy coś spie*doliłem i naraziłem się tym, czy tamtym. Nie był typem wyrachowanego zabijaki, tudzież panem "śmierć, jak kromka chleba". Traktował nas wszystkich, w sumie konkurencję i ludzi, którzy w każdej chwili mogą mu wbić kosę w plecy, albo zarazić śmiertelnym ołowianym wirusem, jak rodzinę. Tych starszych jak braci, tych młodszych jak synów. Uczył każdego. Wszystko co zawdzięczam, wszystko, dzięki czemu jeszcze żyję, wszystko... cała moja bytność i umiejętności... wszystko dzięki niemu. Niezwykły człowiek, typ "niepoprawnego" optymisty, był wszędzie, robił wszystko, pomagał wszystkim... Nie liczył się z tym, że jemu samemu jest ciężko. Nawet jeśli ledwo dawał sobie radę, zawsze stawiał innych ponad siebie. Mógłby nie jeść tydzień, a i tak ostatnią pajdkę zeschłego chleba oddałby tobie, gdybyś poprosił. A teraz... nie żyje. Nie będzie już drugiego takiego człowieka w całej Zonie. Ani nie było, ani nie ma, ani nie będzie. Jacyś szkoleniowcy się znajdą, ale to nie to.
Wstaję z podłogi i otrzepuję tyłek z piasku naniesionego na drewniane deski. Podchodzę do barmana i nachylam się nad jego uchem.
- Powiedz im rano, żeby się ze mną skontaktowali. Idę na kojo.
Patrzy na mnie zdziwiony. Co się gapisz, stary szynkarzu?! Grzecznie poprosiłem. Obracam się i wychodzę z knajpy. Idę do jednej z opustoszałych chat. Mam tam takie pomieszczenie z wykopaną piwniczką, w której zazwyczaj kimam. I prawie nikt o niej nie wie. W sumie, poza mną są jeszcze trzy osoby - barman, kontakt z zewnątrz, o którym wiem tylko ja i... Biorę głęboki oddech. Usta same wyginają się w podkówkę, a oczy zapełniają łzami. Tak, trzecią osobą jest... był. Był Rewik.
Ch*j strzela i ku*wica bierze. Wchodzę smętnie do sieni, przechodzę wyuczoną ścieżką między kolejnymi framugami. Docieram do pomieszczenia z jednym okienkiem, wychodzącym na plac w centrum osady. Pali się ognisko, chłopaki siedzą i opowiadają "brodate" dowcipy, zapijają je wódką, a tą z kolei zagryzają kiełbasą. Odsuwam po cichu stary, zniszczony fotel i odsłaniam klapę w podłodze. Nie ma żadnej rączki, ani nic, co by świadczyło o tym, że coś się pod nią kryje. Chwilę męczę się z podniesieniem drewnianego włazu, aż w końcu zsuwam się po niedużej drabinie na dół. Nic specjalnego. Materac, śpiwór, na rozłożonej w kącie ceracie trochę żarcia, jakieś leki, niewielka, słaba latarka i kilka zestawów baterii. Ot, aby noc przetrzymać. Z cztery metry kwadratowe będą. Pozornie. Jest jedna rzecz, o której chyba sam już właściwie zapomniałem... Ewakuacyjny tunel, prowadzący za wzgórze. Tak, na wypadek braku możliwości wyjścia na powierzchnię standardową drogą. Ten pomysł... też Rewik mi go podrzucił. Mówił: "Czego byś nie robił - zawsze miej dokąd i którędy spieprzyć".
Ściągam z pleców karabin i opieram go lufą o ścianę. Z kabury przy udzie wyjmuję makarowa i układam na ceracie. Zaraz potem dołączają do niego zapasowe magazynki i kilka granatów. Naciągam na głowę kaptur i kładę się na starym, podartym materacu. I tak dziś nie zasnę, nawet nie próbuję. Wpatruję się tępo w czarną otchłań ponad sobą. Wiem, że "sufit" jest dwa metry nade mną, ale jak nigdy mam wrażenie, że ciągnie się w nieskończoność. Albo to ja zapadam się wgłąb ziemi. Koszmary wywoływane przez Zonę to nic, w porównaniu do uczucia utraty kogoś tak bliskiego, do tej dziwnej bezsilności, pustki. Drapię się po głowie i rozglądam po kompletnie czarnym pomieszczeniu.
Rewik.
Jak dzisiaj pamiętam mój pierwszy dzień w Zonie, tutaj, w Kamionce. Ot, mała wioseczka po środku lasu, kilka rozpadających się chat. Cisza i spokój. Podszedłem do ogniska po środku i usiadłem, jeszcze pełen obaw.
- Nowy? - Zapytał siedzący obok mnie facet.
- Mhm... - Pokiwałem głową i przełknąłem ślinę. Skręciło mnie od środka. Pomyślałem: "Zabiją mnie".
- Jasne... Jestem Rewik. Chodź ze mną. - Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wstał.
Zaprowadził mnie do baru, wzniesionego prowizorycznie w stodole. Zapoznał z ludźmi, z barmanem, oprowadził, pokazał, opowiedział. Wszedł do jednego z domów i skinął ręką. Poszedłem za nim. Wskazał mi jeden z pokoi, w którym było okno wychodzące na podwórze i stary fotel. Powiedział, że mogę go zająć. A potem wyciągnął na... spacer.
Poszliśmy wyasfaltowaną drogą przez las. Może jakiś kilometr od wioski. Z jednej strony czułem, że coś jest nie tak, ale z drugiej wiedziałem, że ten człowiek nic mi nie zrobi. Jakiś wewnętrzny głos mówił, że nie mam się czego bać. Nie spieszyliśmy się. Opowiadał bardzo długo o Zonie. O jej niebezpieczeństwach i zagrożeniach, o jej pięknie, o koniecznym szacunku i respekcie. W końcu przysiedliśmy na skrzyżowaniu.
- To nienajlepsze miejsce, ale z braku laku... - Rzucił obojętnie.
- Dlaczego?
- Wojsko się tędy wozi, ale słychać ich z daleka, więc nie ma problemu.
Długo rozmawialiśmy. Pytał, skąd jestem, po co tu jestem, co mam zamiar robić. Nie robił ze mną wywiadu, czy przesłuchania. Zadawał pytania jak zatroskany ojciec rozmawiający z wkraczającym w dorosłe życie synem. I tak też się czułem. Jak jego przybrany syn. Podzielił się swoim jedzeniem, pożartował, aż w końcu - po jakichś może trzech godzinach - powiedział, że pora się zbierać. I nagle obrócił głowę w drugą stronę.
- Słyszysz?
Z całych sił starałem się wychwycić choćby najcichszy szmer. Nic. Jedynie cichy szum lasu.
- Nie.
- Wojacy uazikiem jadą. Chodź, schowamy się.
Weszliśmy do przydrożnego rowu i padliśmy plackiem. Był jakieś półtora metra poniżej drogi. Nawet gdyby jechali po "naszej" stronie ciężko byłoby im cokolwiek zobaczyć. Po chwili usłyszałem zawodzenie radzieckiego silnika ZMZ. Zaimponował mi, że usłyszał go z tak daleka, kiedy ja jeszcze o niczym nie miałem pojęcia. Klekot stawał się głośniejszy i donośniejszy, ciągnący się po wzgórzach i dolinach, odbijający się echem od drzew wokół nas. Kilka minut później przemknął nam nad głowami i zniknął za zakrętem jakieś dwieście metrów dalej. Wyszliśmy z wykopu i powoli, kontynuując rozmowę, wróciliśmy do Kamionki.
Pamiętam też moją pierwszą emisję... Rewik wyciągnął mnie tego dnia do pomocy przy przerzucie. Może z cztery miesiące w Zonie byłem. Mógł wybrać sobie kogoś lepszego, bardziej doświadczonego, a poprosił akurat mnie. "Idziemy na "Bolszoj Krug"", powiedział. Uroczysko na wzgórzu, koło kilometra na południowy zachód od obozu. Z pół godziny w jedną stronę i jakieś piętnaście minut w drugą, bo z górki i bez obciążenia. Na szczęście Kamionka leży dość blisko granicy Zony, więc i promieniowanie w normie, i mutantów, o których opowiadają stalkerzy mało. Ale to i tak wciąż Zona.
Byliśmy może z dwieście metrów od wzgórza, kiedy Rewik się zatrzymał.
- Oho, problem. - Powiedział spokojnie.
- Co się stało?
- Stanął mi... A to zły znak. Zrzucaj graty i wracamy do Kamionki.
Nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale posłusznie zostawiłem plecak pod drzewem i ruszyłem biegiem za Rewikiem. Jakąś minutę później coś głucho huknęło. Niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami, co chwila strzelając jaskrawoniebieskimi błyskawicami. Na północy, między drzewami rozciągała się szkarłatna plama. Na pewno nie zwiastowała niczego dobrego. W pewnym momencie potknąłem się o wystającą gałąź i padłem twarzą na ziemię. Rewik obejrzał się przez ramię i zawrócił. Podciągnął mnie do góry i spokojnym, opanowanym głosem powiedział "Pospiesz się". Do wioski dobiegliśmy chwilę po tym, jak zerwał się potężny wiatr. Głowa bolała, w gardle miałem potwornie sucho, wdychane powietrze paliło w płuca, a oczy piekły, jakby ktoś je polał kwasem. Opadałem z sił. Na ostatnich metrach Rewik niósł mnie pod ramię, bo sam bym nie doszedł. Pamiętam, że zanim zemdlałem zobaczyłem coś pomiędzy żywym ogniem buhającym spomiędzy chmur, a tańczącymi językami zorzy polarnej. Nie wiem, co to było, bo nigdy więcej nie widziałem emisji. Owszem, przeżyłem niejedną, ale zawsze chowałem się tak nisko i głęboko, jak tylko się dało. W Kamionce mówili, że przeżyłem tylko cudem i dzięki temu, że Rewik mnie dociągnął do bazy... Po plecaki poszliśmy dopiero następnego dnia, a transakcja przepadła, razem z gościem "z zewnątrz".
Słyszę nad sobą kroki i trzeszczące pod dużym ciężarem deski. Co do ch*ja? Już rano? Wstaję z materaca i rozciągam się na szybko. Kaptur sam zjeżdża z głowy i spada na kark. Pakuję amunicję, wpycham do kabury makarowa, a na plecach wieszam karabin. Staję na drabinie i próbuję podnieść klapę. Lekko uchyla się do góry, do piwniczki wpada trochę światła, ale zaraz potem właz się blokuje. Próbuję jeszcze raz. Nic. I jeszcze jeden. Dopiero zauważam, że na wprost stoi znajoma nóżka od krzesła. Cholera. Z tej strony go nie przepchnę. Schodzę z drabiny i sięgam po latarkę na ceracie. Zaglądam do plecaka, trzymając moje jedyne źródło światła w zębach. Pośród gratów szukam popularnej "czołówki". Jest. Wyciągam, zamykam plecak i przesuwam się bliżej ceraty. Zmieniam baterie, zakładam latarkę na głowę, a drugą wyjmuję z ust. Przełączam włącznik w pozycję ON i całą ziemiankę zalewa niemal oślepiająco jasny strumień światła. Znajduję w ścianie za plecami tunel o średnicy koło siedemdziesięciu centymetrów. Biorę do ręki broń, podsuwam plecak i wpełzam do środka. Torbę z gratami chwytam nogami i zaczynam się czołgać. Jakieś sto pięćdziesiąt, dwieście metrów przeciskania się takim kanalikiem, prawie bez dostępu do świeżego powietrza jest cholernie męczące. Ale w końcu widzę drewnianą kratkę, za którą czeka na mnie wolność. Siłuję się z wbitym w miękkie, porośnięte trawą podłoże włazem, aż w końcu korzonki roślin i wilgotna ziemia puszczają, a klapa opada z głuchym stuknięciem. Upewniwszy się, że nie ma w okolicy nikogo ani niczego łaknącego mojej krwi, wyczołguję się z tunelu. Upewniam się, że niczego po drodze nie zgubiłem i wciągam na ramiona niezbyt ciężki plecak.
Wchodzę jakieś dwadzieścia metrów pod górkę. Po drugiej stronie jest Kamionka. Na szczycie spostrzegam świeżo rozkopaną ziemię i dwie zbite ze sobą na kształt krzyża gałęzie. Czuję falę gorąca rozchodzącą się po ciele. Podchodzę bliżej. U podstawy symbolu leży maska przeciwgazowa, a pod nią, na kopcu kawałek deski z wyrytymi literami. Pochylam się nad napisem. "РЭВИК". Siadam ciężko na ziemi i wpatruję się w popękane szkła maski.
Setki wspomnień, tysiące myśli, miliony pytań przelatują mi przez głowę w ciągu sekundy, trwającej wieczność. Rewik...
Ostatnio edytowany przez
Voldi, 28 Sie 2013, 23:13, edytowano w sumie 1 raz
-
Za ten post Voldi otrzymał następujące punkty reputacji:
RadekNioch, Yepper, Skowoo, KOSHI, Dommy, Realkriss.