Dzięki za korektę poprzedniej części.Poprawiłem to.Proszę o kolejne korekty, jeżeli coś nie tak, a na pewno poprawię, żeby gites wyszło
Mroczny dzieńSpałem długo.Dopiero nad ranem obudziły mnie trzaski i sczęki broni.Pozostali już chodzili.Tylko ja i Gors jescze leżeliśmy przy ognisku.Wstałem przecierajac oczy.
- Siemanko- powitał mnie Fiknat
- Elo- odpowiedziałem
Dało się czuć w powietrzu zapach spalenizny.Ktoś piekł już przy ognisku dzika.Bandyci chodzili to tu to tam obserwując okolicę.Drzwi zostały zamknięte, aby nikt z baru nie mógł przejść na stronę wysypiska.Z całej gromady stalkerów tylko Srafn (jako jedyny) siedział i przeglądał notatki.Choć nasza elita znała się dosyć dobrze o nim wciąż mało wiedziałem.Wszyscy z nas mieli kiepskie życie, ale Srafn nigdy zbyt dużo nie mówił.Pod tym względem był nawet podobny do mnie.
- Siemaszka- powiedziałem podchodząc do niego
- Cześć.Wiesz co?Mam plan- powiedział
- Ty ciągle masz plany.To całe twoje życie.
- Tak.Pasjonuje mnie taktyka walki.Często wymyślam absurdalne akcje.Lubię to robić
- Twój atak na placówkę był niezły- powiedziałem siadajac obok
- Uwierz, ale to pierwsza rzecz jaka mi w życiu wyszła.Nigdy nie udało mi się nic.Jestem nawet trochę szczęśliwy.Dawniej służyłem w wojsku, u neutralnych, w powinności.Nigdy nie lubiłem nikogo.Stalkerzy to szmaty.Wyśmieją cię po kilku chwilach, a potem skopią ci dupę.Wojskowi też.Powinność natomiast miała mnie dosyć.Byłem im kiedyś przydatny, ale zaczęli to zbytnio wykorzystywać i potem wykradli mi moje notatki i nie byłem im potrzebny
- Przykra historia- odpowiedziałem
- E tam.Nie ma co gadać.Najlepiej być bandytą.szkoda tylko że nie ma tu babek.Aż czasem nie wytrzymuję.Jak bym zobaczył w Zonie kobietę, to normalnie bym jak pocisk w nią pieprznął- powiedział patrząc w dal
- Rozumie się.Nie ty jeden żałujesz, że tu jesteś.Poza Zoną życie to raj- odparłem
- Najbardziej wku*wia mnie jedno.Dlaczego ludzie, a raczej większość to takie nędzne pi*dy.Nigdy niczego nie potrafią, nigdy sami czegoś nie zrobią, a potrafią wyśmiać i wykopać z frakcji- powiedział Srafn
- Zapamiętaj mnie Srafn.Ludzie to robactwo i zawsze tym będą.Trzeba działać samemu i polegać na sobie i swojej broni, bo ona jest najlepszym przyjacielem człowieka
- wiesz co Romek?Cieszę się że cię spotkałem.Rozumiesz w czym gra.Wogóle wszyscy jesteście prawdziwymi kumplami
- Możesz liczyć na to zawsze- odpowiedziałem
- Tak czy siak jest nas mało.Kilka osób przeciw frakcjom.
- Mamy jescze bandytów- powiedziałem
- No i najemników- odparł Srafn
- To już coś.Sorry, ale muszę się odlać- powiedziałem i poszedłem nieco dalej w pobliskie krzaki.Po paru minutkach wróciłlem na placówkę.Moja przeszłość była kiepska.Moich towarzyszy też.Teraz musiałem zrobić coś takiego przez co stalkerzy i inni pożałują, że się urodzili.Planowałem wykosić tych w barze i zrobić tam mały przesiew.Potem udamy się się do magazynów wojskowych i tam poszperamy i rąbniemy wolność.A potem jak przeżyję to wrócę i rozwalę tych cieniasów w Kordonie.Planów miałem cholernie dużo.Nie wiedziałem od czego zacząć.Na dodatek nie mam już wódy.Chciałbym jeszcze raz zapomnieć i wychlać kilka butelek na dzień.Wróciłem do reszty i stanąłem przy ognisku
- Idziemy na bar- powiedziałem
- Co ty?Nie mamy szans- powiedział Rast
- Ja idę.Mam ochotę zaje*ać tych gnoi i nie będę dłużej czekać- odpowiedziałem nerwowo
- Stary.Teraz to głupota iść walczyć z batalionem powinności.Oni mają egzoszkielety i karabiny tak wypasione, że nie dasz rady ich w pojedynke wykosić- powiedział Mołdaw
- Mimo to narobię zamieszania.Jak nie macie ochoty iść, to nie idzcie- powiedziałem lekko zirytowany
- Ja tam mogę iść z tobą- powiedział Fiknat- Ale jak nas będą zbierać, to nie miej potem pretensji
- Ja też pójdę.Przyda się wam ktoś rozumny- powiedział Gors
- Chciałbyś- powiedział Rast- Ja nie idę.To szalone.Ledwo co żeśmy powstawali, a ty już chcesz wyczyny robić i nawalać tych gnojków.Nie piszę się na to.To nie to co atak na placówkę.To co teraz chcesz zrobić to po prostu samobójstwo.Co ci do łba strzeliło?
- Nic.Po prostu zrobię małe polowanie.Czekać nie mam ochoty- odparłem- Nie mam niczego do stracenia, a poza tym nie ma obaw.Mam swoje sposoby zabijania
- Ciekawe jakie?- zapytał Rast
- Zobaczy się- odpowiedziałem
Spakowałem plecak.wziąłem jedną swdmę i karabin tunder s14.Naboi miałem nieznaczną ilość, ale w barze można coś zawsze zdobyć.Fiknat i Gors ruszyli za mną.Odsunałem bramę.Przed nami trzy anomalie "karuzela".Na sczęście moc tych karuzeli była na tyle mała, że nawet z jej środka można było ujść cało.Przeszliśmy całą długą drogę do baru, aż na horyzoncie pojawiła się znisczona ciężarówka, samochody i droga idąca prosto do bazy powinności.
- Musimy ominąć kundle, zanim wejdziemy na teren- powiedział Gors patrząc przez lornetkę na stado psów i innych mutantów
- Co za problem- odpowiedziałem
- Ja proponuję nie zabijać tych psich mutantów, bo jedynie uwagę na siebie zwrócimy.Od razu zdejmujmy tych strażników co tam stoją- powiedział Fiknat
- Racja- powiedziałem i ustawiliśmy się w dogodnej pozycji
- Tylko nie wolno chybić, bo będzie przypał- powiedział Gors
Cała nasza trójka położyła się i wymierzyła w miejsce, gdzie stało czterech żołnierzy.Karabin ustawiłem prosto na głowę chodzącego żołnierza.Tylko naciśnięcie spustu decydowało co się stanie.Wypaliliśmy.Po raz pierwszy nie udało nam się trafić.Fiknat przeładował i znowu strzelił, trafiając jednego w nogę.Ponowny strzał wykończył leżącego.Reszta pochowała się i nie mieliśmy już ich na celowniku.
- Mówiłem nie chybić- powtórzył Gors
- Tak jakoś wyszło- odparłem
- No nic.Idziemy na szturm, bo nas tu zobaczą- powiedział Gors, wyjmując karabin z plecaka i załadowując go amunicją przeciwpancerną
- Świetnie.Dowalmy im- powiedziałem idąc za nim ze snajperką
Fiknat wyciągnął pistolet, schował za pas i chwycił tunder s14 i odbezpieczył granatnik
- Zrobi się gorąco- powiedział io włożył do granatnika jeden granat vog-25r- Odsuńcie się.Wypłoszę ich
Rozległ się świst i wybuchy.Momentalnie przy bunkrze powstał kłęb dymu i jeden z członków powinności próbował uciec.Fiknat dojrzał go i zastrzelił z kolejnego granatu.My tymczasem byliśmy już w bunkrze, wślizgnowszy się przez jego okno i tam powoli skradaliśmy się obserwując pole.Co sekunda wybuch i pył leciał na twarz.Przebiliśmy się i stanęliśmy naprzeciw dwóch schowanych za bandą żołnierzy.Nie spodziewali się nas tak szybko, więc bez problemu zabiliśmy ich i zabraliśmy im amunicję z plecaka.Jeden z nich miał kilka granatów do tundera.Fiknat podbiegł, omijając ogień i dym.
- Piątka- powiedział przybijając nam piątkę i ruszyliśmy dalej.Aby dostać się do baru, trzeba było przejść hangar, gdzie znajdował się człowiek patrolujący.
- Szybko.Chodzcie tu- powiedział Gors i ukryliśmy się za ścianą budynku.Gors rozsunął plecak i wyjął 3 złożone kombinezony.Jeden kota- stalkera, dwa doświadczonych stalkerów
- Przebieranka?- spytał Fiknat
- Udajemy stalkerów.W razie czego kiedy już przyszliśmy członkowie powinności zostali zabici, a nas ścigało kilku najemników- powiedział Gors
- Kapną się, że nagle tylko my weszliśmy
- Na pewno będziemy mieli czas dojścia do baru- powiedział Gors
- Kto jest kotem?- spytałem
- Ja będę doświadczony, a kotem jest Gors- powiedział Fiknat
- Na Boga.To nie ma znaczenia- powiedział Gors
- Ma- odparł Fiknat- Jeśli nastanie rozpierducha, to wy macie lepsze kamizelki, a ja gorszą
- I tak w barze je zmienimy- powiedział Gors, chwytając kombinezon stalkera i ubierając się.Po kilku minutach byliśmy przebrani i gotowi
- Trochę ciasne na dupie- powiedział Fiknat
- Pije w kroku i za wąski, ale...
- Stulcie ryje.Co wy cioty?- spytałem niemal krzykiem
- Ej wyluzuj Romek- powiedział Fiknat- tylko się zgrywamy
- Jasne- odparłem- Trzeba schować broń.Na terenie powinności obowiązuje zakaz strzelania.Winni zostaną ukarani- wyrecytowałem
- Zasady, srady- powiedział Fiknat- te dupki same noszą broń, a każą nam chować
- Zamknąć się i idziemy- zarzucił Gors i zaczęliśmy iść do hangaru
Przeszliśmy budynek.Członek powinności nie zwrócił nawet uwagi.szliśmy zupełnie normalnie.Kiedyś bądz co bądz byliśmy stalkerami.Kiedy znalezliśmy sie na placyku akórat podzszedł do nas jeden z chorążych
- A wy tu co?- zapytał podejrzliwie trzymając spuszczony karabin
- A my tu do baru, jak zawsze- odparłem
- Nie znam was- powiedział
- A czy dokładnie każdego znasz tutaj?Nawet barman nie kojarzy każdego i zapomina nazwisk- powiedziałem mając ochotę strzelić mu w łeb
- Jak się nazywacie?
- czy to przesłuchanie?- spytałem- Jak ty się nazywasz, co?
- Spokojnie- szepnął Fiknat
- Nie tym tonem- powiedział chorąży- Bo pogadasz z dowódcą.Pytam o imię to odpowiedz
- Roman jestem- powiedziałem- to moi kumple Fiknat i Gors
- Dobra.Możecie iść dalej- burknął chorąży zawracając i chodząc dalej po placu
- Co za zjeb- powiedziałem
- Tu wszyscy są zje*ami.To w końcu powinność, nie?- odpowiedział Gors
przeszliśmy pod dachem i doszliśmy do baru.teraz pozostawało tylko zejść schodami.Po drodze minęliśmy człowieka pilnującego wejścia.Z nim nie było problemów.kiedy znalezliśmy się na dole dobiegł nas wesoły gwar i stukanie kieliszków z szampanem.W barze było mnóstwo osób
- Ej.Cholera jasna.Możecie mi pomóc?- zapytał kot stojący najbliżej wejścia.Twarz miał pokrytą bliznami i zadrapaniami- Mam zlecenie i płacę grubą kasę za tę robotę
- Co to za robota?- spytałem
- Otóż kiedyś jak bywałem w Kordonie to zauważyłem takiego stalkera co się tam wałęsał.On nie był sam.Miał jescze kilku kumpli.Tak czy siak wtedy byłem kotem i miałem mało broni i amunicji, ubiór też nienajlepszy.Kiedy raz przechodziłem tych kilku zaczepiło mnie i zażądało ode mnie kasy.Nie miałem nic.Mówiąc skrótem po prostu spóścili mi ostry wpie*dol.Postrzeliły mnie złamasy i okradli mnie ze wszystkiego.W plecaku miałem wtedy ważne PDA, za które mogłem zarobić, a oni mi to zabrali.Zależy mi na tym żeby zatłuc tych stalkerów.Sprzątnij całą grupę, a ci zapłacę.Nikt nie może być takim nieludzkim bandytą i atakować w kilku na jednego.
- Ciekawa propozycja- powiedziałem- problem polega na tym, że nie mam czasu.
- Jak wszyscy.Ech.Co za życie!- powiedział stalker
Podeszliśmy do lady, za którą stał barman.Obecnie rozmawiał z kimś, kto zamawiał dużo wódy i kiełbas.Kimkolwiek był ten stalker chciał chyba urządzić grilla.Amunicji mieliśmy malutko, kasy również.Fiknat i Gors chwycili do ręki karabiny.Ja wyjąłem swój tunder s14.
- Dobra.To jest napad.Dawaj amunicję........., albo rozwalę ci czaszkę- krzyknąłem do barmana
Barman stanął jak sparaliżowany
- Słyszałeś co kolega mówił- powiedział Fiknat- dawaj amunicję i chcemy jeszcze kasę, jaką uzbierałeś ty nędzna gruba świnio
Barman posłusznie wyłożył gotówkę na stół i sięgał amunicję
- Ułatwię ci to- powiedział Fiknat rzucając mu pusty plecak
Wszyscy w barze byli lekko pijanii.Niektórzy nie wiedzieli, co się dzieje, inni stali i nic nie mówili
- Ruszy się ktoś, a rozsadzimy to miejsce w pył- wypowiedział głośno Gors
- Powinność ma tu bazę.To nieroztropne- powiedział barman
- Słuchaj chujozo jedna.jak zechcę to całą tę bazę szlag trafi, a ty wylądujesz w wojskowych magazynach, więc nie gadaj tylko pakuj to szybciej.Jak będziesz się tak guzdrać to zastrzelimy was- powiedziałem
Gors uważnie obserwował stalkera o imieniu Garik, który rónież stał w bezruchu zaskoczony tą akcją.Barman spakował do plecaka tyle magazynków ile się dało, a Fiknat chwycił plecak i narzucił na plecy
- Jeśli ktoś się dowie, spotkamy się, ale wtedy to już ostatni raz- powiedziałem wychodząc i strzelając w Garika i innych, tak że po chwili kilku stalkerów leżało rannych w kałużach krwi.Żorika postrzeliliśmy tak, aby nie podniósł się i nie był w stanie strzelać.Jego broń kopnęliśmy daleko aż poza bar.wyszliśmy
- Co teraz?- zapytał Gors
- Udamy się do magazynów wojskowych.Tam pohandlujemy z tymi debilami z wolności.Potem będziemy mieli dużo fajnych broni i dużo amunicji, a co dalej to się zobaczy- oznajmiłem
- Jasne.Póki co mamy na karku kilkunastu żołnierzy z powinności.Wynośmy się z tąd- powiedział Gors
Wyszliśmy na placyk i przeszliśmy ocok kilkunastu stalkeró siedzących przy ognisku, gdy nagle rozległ się głos przez megafon
"Uwaga.Na terytorium powinności znajduje się trzech bandytów.Znajdują się blisko baru i są dobrze uzbrojeni.Jeden ubrany w kurtkę, pozostali dwaj w kombinezony stalkerów.Nagroda za złapanie, bądz wyeliminowanie oprawców"
Ponownie rozległ się głos
"Uwaga.Wróg wdarł się na nasze terytorium.Natychmiast zlikwidować wroga"
Stalkerzy przy ognisku popatrzyli na nas.Jeden przyglądał się nam uważnie
- To oni.Tutaj- krzyknął
To był błąd.Nie minęło kilkanaście sekund, a leżał już martwy na ziemi.Wpadłem w szał i przelałem dużo krwi.Nikt nie ostał się żywy.Teraz juz na pewno nie ujęliby nas.Po zabiciu kilkunastu osób, byliśmy już mordercami do zlikwidowania.ruszyliśmy biegiem w stronę magazynów.Po drodze jednak mieliśmy kilku stalkerów, którzy juz poderwali się i biegli na nas.Jeden wypalił do Fiknata i przestrzelił mu brzuch.Fiknat przewrócił się upuszczając broń.Tego juz nie mogłem wytrzymać.Chwyciłem granat i rzuciłem.Zacząłem atakować każdego, kto stanął mi na drodze.To był błąd, gdyż teraz naprzeciw mnie kucnął chorąży i przestrzelił mi kolano, a następnie podbiegł i uderzył mnie kilka razy kolbą w głowę.Poczułem straszny ból.Usłyszałem jak Gors strzela, ale po chwili wszysko ucichło.
Nasza trójka przeżyła, o czym dowiedziałem się po oprzytomnieniu.Znajdowaliśmy się w ciemnej celi, a za kratami słychać było jakąś wrzawę.
- Co jest?- zapytałem
- Zostawili nas przy życiu.Możemy walczyć na arenie.Nagrodą jest uwolnienie nas.Oczywiście zabrali nam pieniądze i amunicję- powiedział Fiknat
- skurwysyny- zakląłem
- Chcą się nami ubawić- powiedział Gors- gdyby nie to rozwaliliby nas dużo wcześniej.Colera.Mówiłem, że to nie wyjdzie
- Poniosło mnie- odparłem
- Sukinsyny.Boli mnie brzuch.Dali mi apteczkę, ale ona gówno pomaga.Przestrzelili mnie ostro.Powiedzieli, ze gówno ich obchodzi czy jestem ranny czy nie- powiedział Fiknat
- Łajzy- powiedział Gors- Znam te numery.Heniek mi raz opowiadał jak to jego kumpli porwali i wystawili na arenie.Problem polegał na tym, że przeciwników uzbroili dużo lepiej i to zadecydowało o ich losie.Zawsze tak robią.Ich walki są niesprawiedliwe i nierówne
Dalsza rozmowa przerwana została przez wrzawę na wielkiej hali, gdzie zapewnę walczyli stalkerzy.Komentator coś gadał.Stąd jednak to był jeden bełkot.Rozległ się dzwonek na następną walkę.tymczasem do kraty podszedł członek powinności
- Słuchajcie szmaty.Powalczycie sobie.Nie myślcie, że wam pójdzie, bo wystawią wam ekspertów, którzy takich jak wy jedzą na śniadanie- zaśmiał się
- Ty słuchaj kanalio- powiedziałem podchodząc do kraty- szkoda że stoją tu te pręty, bo bym ci wydłubał twoje ładne oczka kutasie jeden
- Ty mi?Ty nawet nie umiesz wycelować i nie wiesz co to jest muszka
- Jak ci wsadzę w dupę muszkę z karabinu, to też gówno będziesz wiedział- wycedziłem, a Fiknat zaśmiał się dłubiąc w nosie- Zjeżdżaj koleś
Członek powinności wyjął karabin i wycelował mi w głowę
- Jak bym to ja wyznaczł wam karę, to byście błagali o śmierć.
- Jak bym ja tobie wymierzał karę, to byś nie miał czym błagać- odparłem
Żołnierz zamilkł.Przez moment wszyscy słuchali krzyków na arenie
- Słyszycie to?- zapytał- To odgłosy walki.jesteście następni.Życzę wam powodzenia.
- Ssij- odparłem po cichu
Członek powinności odszedł, a ja nic juz nie mówiłem obmyślając taktykę ucieczki, albo jakieś sztuczki.
- Jakbyśmy mieli umrzeć to wiedzcie, że jesteście spoko- zaczął Fiknat
- Kurna.nawet jak umrzemy, to mamy co wspominać.Nasza elita to prawdziwi przyjaciele- powiedział Gors
- Nie martwcie się chłopaki.My mamy jaja, a oni to cioty, które nie grają fair- wyrzuciłem wstając.Jeśli mielibyśmy zginąć na arenie, to przeze mnie umarliby Gors i Fiknat.tego nigdy bym nie wytrzymał.Jeśli już zginąć to razem, albo wogóle
Rozległa się znowu wrzawa i komentator znowu zaczął coś mówić.Słychać było okrzyki i klaskanie.Następny sygnał wydobył się z urządzenia.do kraty podeszło kilku żołnierzy
- Ruszać dupy.teraz wy walczycie- powiedział ten stojący najbliżej- Czeka was walka, ale to potem.Na razie wychodzcie z tej celi.
Kraty zostały otwarte i cała nasza trójka przeszła na drugą stronę.odprowadzili nas do sali znajdującej się tuż przy arenie.Do pokoju wszedł tylko ten sam żołnierz z powinności, który nas wypuścił.Trzymał broń
- zasady są takie.Jeśli wygracie walkę to wypuszczą was i macie stąd odejść.Jeśli potem powrócicie to rozstrzelamy od razu.Waszymi przeciwnikami będą żołnierze ze specnazu.Dokładnie czterech i dobrze uzbrojonych.Wam damy po akm i kilka pistoletów i dubeltówek.Dostaniecie kurtki bandytów.
- Nie sądzicie, że walka jest trochę nierówna?- spytał Gors ubierając kurtkę
- Być może tak.Macie i tak szczęście że żyjecie, bo mogli was zabic na miejscu.Zawsze jest szansa.Patrzcie na to z zadowoleniem i doceńcie łaskawość powinności
- Nie pierdol- szepnął Fiknat chwytając dubeltówkę
każdy z nas miał pomysł ustrzelenia ich od razu, ale wtedy już na pewno zlikwidowaliby nas.Wyszliśmy z sali i stanęliśmy przed wejściem na arenę.Widownia robiła hałas.Najwyrazniej żołnierze ze specnazu już czekali aż ktoś pojawi się na arenie.
- Oni mają taktykę i wogóle, a my gówno i kilka zepsutych karabinów- szepnął Gors
- Trzymamy się razem- powiedziałem
- Wychodzcie- powiedział członek powinności, otwierając bramę.
Przed nami ukazała się hala wielka, pełna pudeł, skrzyń, rupieci i co najważniejsza rozgardiaszu, jaki nasilił się wraz z naszym wejściem.Zamknęli wrota z tyłu i byliśmy na arenie, zdani na siebie.Rozległ się głos komentatora
- Oto dzisiaj.Walka, na jaką czekaliśmy.Żołnierze ze specnazu.Wparwni i doświadczeni grają o duże pieniądze.Zgodzili się powalczyć z trzema zawodnikami.Nasi wprawni sierżanci i porucznicy staną naprzeciw trzem bandytom, którzy dzisiaj zaatakowali bar, zabili trzech naszych ludzii, postrzelili w barze mnóstwo osób i dodatkowo rozstrzelali piętnastu stalkerów znajdujących się tutaj na naszym terenie.Oto grozna banda uzbrojona w karabiny i strzelby bm17.Ich zaciekłość z pewnością dorówna naszym liderom
- Nie chrzań- warknął Gors
- Niech rozpocznie się walka na śierć i życie- krzyknął komentator i tłum zaczął robić hałas i wiwatować.
Oto nastała chwila prawdy.To uczucie dochodziło do nas.Byliśmy na arenie.Igrzyska się zaczęły i mieliśmy walczyć.
- Dobra.Na śmierć- powiedziałem- dopieprzyć im
Podbiegłem do najbliższej skrzyni i schowałem się.Towarzysze uczynili to samo.Ktoś wrzasnął "co tak się chowacie?".Fiknat wypalił prosto w tamto miejsce, co przeraziło nieco publiczność.Wrzawa jednak na nowo odrzyła.Padały okrzyki "tam są" albo "wykończcie ich".Powoli przestaliśmy się nimi przejmować.Gdzieś w pobliżu kręcili się nasi wrogowie i trzeba było skupić się na nich
- Wredna publiczność- powiedział Fiknat
- Dobra.Spróbójmy się zgrać i powalczyć jakąś taktyką- powiedział Gors
Wychyliłem się za skrzynię i omal nie dostałem serii prosto w nos, z karabinu VLA
- Cholera.Już wiedzą
Okrzyki "zabij go", "tam są cioty" i inne przsiąkły mi w uszach.Przypomniałem sobie wioskę kotów i to jak ciągle kłóciłem się z nimi, przypomniałem sobie jak obrazili mnie członkowie wolności, przypomniało mi się jak Fiknat dostał z karabinu w brzuch i jak chorąży zdzielił mnie po głowie.Miałem tego dosyć.Koniec tego.
Zrobiłem przewrót i wymierzyłem żołnierzowi w czaszkę.Zauważył to, ale byłem szybszy.Wstałem i zacząłem biec dalej pomiędzy skrzyniami.Krzyki ucichły, choć zdarzały się pojedyńcze wrzaski typu"nie".Nie mogłem zobaczyć gdzie są trzej pozostali.Fiknat i Gors znajdowali się obok
- Są tam.Tam są.Za skrzynią.Na waszej pierwszej.Cała ich trójka.Razem.Rozdzielcie się świnie.Wy...- kimkolwiek była ta postać przysporzyła nam kłopotów.Na pierwszej.Ruszyłem w kierunku, z którego widać było nas patrząc na pierwszą.Stało tu dwóch żołnierzy.jeden zaczął już strzelać.Drugi okrążał nas.Wykonałem przewrót i uderzyłem go mocno w miednicę i biłem go dalej, także po głowie, aż przestał się poruszać.drugi wypalił mi w nogę.Fiknat podbiegł do niego i uderzył go przewalając na ziemię.Rozległa się seria.Nie była to jednak seria moja, ani żadnego z moich towarzyszy.Żałosny świst, który przeszył mnie, choć nie dotknęła mnie nawet jedna kula, nawet jeden pocisk.Poczułem skurcz w żołądku.Pobliskie skrzynie rozpadły się, a na moją twarz spłynęła krew Fiknata, który teraz leżał na ziemi przebity na wylot.Dochodziła do mnie ta myśl- on nieżyje.wziąłem pobliski karabin VLA, rzuciłem się i zrobiłem unik przed karabinem VLA ostatniego żołnierza.Poślizg, znowu unik, wypaliłem serię.Nie trafiłem.Akcja toczyła się jak w zwolnionym tempie.Znowu wyszedł i wystrzelił.On tez nie trafił.Chwyciłem się skrzyni.Zaciął mu się karabin.Wykorzystałem to i...... krew na ścianie.Wiwaty.Okrzyki.Wrzaski.Cokolwiek słychać było wygraliśmy walkę.Pokonaliśmy żołnierzy.Byliśmy wolni.
- Zwycięstwo dla bandytów- krzyknął komentator- pokazaliście na co was stać.Odzyskaliście wolność i życie
Niektórzy buczeli i rzucali klątwy.
- Pamiętajcie jednak, że jeśli tu wrócicie to nie będzie łaskawej walki i od razu zostaniecie sprzątnięci- powiedział komentator- wyprowadzić ich
Kraty otworzyły się i czterech członków powinności kazało nam odłożyć broń.Wyszliśmy z nimi i odprowadzili nas do miejsca, gdzie mieliśmy zaczekać na to aż będziemy mogli odejść.Podszedł do nas członek powinności, ten który przed walką śmiał się z nas
- Jestem pod wrażeniem.Mocni z was bandyci.Jak bym tego nie widział to bym nie uwierzył
Do kraty podeszło tym razem trzech ludzi z frakcji i wypuścili nas.
- Wyjdziecie stąd jak najdalej.Udacie się na wysypisko.Widzimy jak tam biegniecie.Jeśli znowu was zobaczymy to otworzymy ogień- powiedział poważnym tonem jeden z sierżantów- Odprowadzimy was do głównej drogi.Potem jesteście zdani na siebie
Poszliśmy do miejsca, z którego mieliśmy iść już sami.Gors i ja mieliśmy na sobie podziurawione kurtki
- Ruszać się.za kilka minut strzelamy- powiedział sierżant, a my dalej staliśmy patrząc na niebo rozświetlone słońcem.Przyszliśmy tu we trzech, wracamy we dwóch.
- Romek.Chodz.szybciej- ponaglił Gors
- Ruszcie te dupy- wrzasnął sierżant wystrzeliwując w niebo nabój
Przyzwyczajony do dzwięku wystrzału nie zrobiło to na mnie wrażenia.Mimo to zacząłem biec i po chwili znalezliśmy się poza zasięgiem broni.udaliśmy się na wysypisko- jedno miejsce, gdzie mogliśmy odpocząć.Atak na bar okazał się totalnym niewypałem.Straciliśmy kolegę i broń.Na dodate zostaliśmy upokorzeni jak stado mutantów.Ścieżka na wysypisko okazała się najprzyjemniejszym zadanie do wykonania.Na drodze stanął nam jedynie stalker samotnik, który zobaczywszy nasze kurtki bandytów począł strzelać do nas.Zraniłem go i podeszliśmy do niego.
- Dobra Gors.Oto nasz wróg.Leży ranny.Co należy robić?- spytałem Gorsa
- Nie wiem- odparł- Być może darujemy mu życie- powiedział gors rozumiejąc o co mi chodzi
- Cóż.darować mu życie?- spytałem patrząc na kota, który coraz mocniej krwawił- A czy ludzie darowaliby nam życie?- zapytałem
- Błagam.Nie zabijajcie mnie- powiedział stalker- nie chciałem tego.Proszę.Dajcie żyć
Taka prośba jescze bardziej mnie zdenerwowała.Miałem ochotę od razu rozwiązać ten problem
- Tobie darować życie?Jasne.Jakby ktoś pytał w barze kto cię tak urządził to powiedz, że jak powinność dalej będzie nam wyznaczać warunki, to coraz więcej zwłok znajdzie się w ich bazie.
- Ale proszę.Ja nie jestem znajomym powinności.Ja ich nie lubię
- Nie lubisz bandytów- powiedziałem- chciałeś nas zabić.Popełniłeś błąd.My mieliśmy właśnie uciec z baru, w ramach ich usranej wdzięczności, za wygraną bitwę na arenie.Dodam, że zginął mi kumpel.Te gnoje zapłacą za to.Nasza bandxk nigdy nie podda się
- Nie lubię bandytów- wyżalał się samotnik- kiedy po raz pierwszy zjawiłem się w Zonie, mniej więcej po roku życia tutaj bandyci okradli mnie ze wszystkiego i wyśmiali mnie.zostałem wtedy upokorzony i poprzysięgłem zemstę na bandytach.od tej pory wybijam każdego bandytę jakiego zobaczę
- Ciekawe- odparłem trzymając jego pistolet i przeładowując- bandyci cię nie lubią.Mnie wyśmiali samotnicy frajerze jeden.Upokorzyli mnie i zostałem bandytą.Pomyslałeś, że bandyta też ma duszę i też ma rozum?Wy stalkerzy myślicie, że macie jako jedyni poglądy na życie.Bzdura.Każdy człowiek jest równy.Jak tego nie rozumiecie to możecie iść do piach...
Chciałem strzelić, ale coś mnie powstrzymywało.Ten człowiek był młody i inny niż pozostali.Nie wyglądał na złośliwego członka frakcji.Przeciwnie.jeśli to co mówił jest prawdą, zabiłbym niewinnego stalkera i do końca życia miałbym tą świadomość, że uległem słabości i pokusie.
- Jak się nazywasz?- spytałem
- Jestem Trainn, ale mówią na mnie Cichy kot.Błagam, nie zabijajcie mnie.Mam żonę.Jakby wiedziała, że ...chybaby jej pękło serce
- Mam w dupie twoją żonę- wrzasnąłem- Nie próbuj nas wziąć na litość.My jej nie mamy
Stalker ucichł nie odzywając się już ani słowem
- Masz żonę?- zapytałem go
- Tak- odparł
- Ładna jest?- zapytałem
- Ale...
- Ładna jest?Odpowiadaj!!
- Najładniejsza ze wszystkich kobiet- wykrzyczał samotnik
- Przynajmniej masz kobietę, a nie jak my włóczymy się po wysypisku i załatwiamy ludzi każdego dnia.Ciekawe jest, że bandyci zwykle nie mają żon.No może wyjątki są, ale większość.
- Kobiety może nie lubią takich co wymierzają karę, takich co zawsze mają stracone życie, takich którzy są wyrzutkami- powiedział Gors
- Racja- odparłem- wolą wstrętnych oszustów, takich co nie zabijają, ale łgają co dzień, takich co mają dobre poglądy na życie, ale codzień psują je innym, takich co zarabiają uczciwie w miejscu, gdzie wszyscy są oszustami.Problem jest taki że jak oni nie zarobią uczciwie dużych pieniędzy, aby pokryły równowartość tych pieniędzy zarobionych przez oszustów, lub ukradzionych, to są tak niezadowolone i smutne i dziwią się nam, czemu jesteśmy tacy niesolidni- wyrzuciłem ze złością.
Teraz już nie miałem litości.Miał kobietę.Zawsze marzyłem o tym, żeby mieć kogoś bliskiego.To już przeszłość.Wystrzliłem prosto w głowę temu samotnikowi i chwyciłem jego plecak.Udaliśmy się do dawnej placówki powinności i tam spostrzegłem, że coś jest nie tak.Nikogo nie było na posterunku.Doszliśmy do bramy i zapukałem w nią.Nie odsunęła się
- Co jest?- spytał Gors
- Nie wiem- odpowiedziałem- Może ktoś ich pozabijał
Nagle zazgrzytało coś i wrota uchyliły się.Za nimi stał Mołdaw
- Zostałem tylko ja.Bandyci mieli dosyć.heniek powiedział, że nie będzie stał całymi dniami.Nikt nawet się nie zjawił i sądzę, że to go znużyło.Liczył na porządny zarobek, a nie na gówno.
- Gdzie reszta naszej grupy?
- Rast i Zdzisiek odeszli od nas.Powiedzieli, że masz niepokolei w głowie i że zamiast z nimi napadać i kraść, to wolisz na własną rękę walczyć z całą powinnością.Mieli dosyć.Spakowali zasoby i zwiali.Godewn wkurzył się tym, że placówka już nie jest strzeżona.Bredził coś że nasze plany są niepoważne, a Srafn poszedł na chwilę i wróci.on jeden nie załamuje się tymi głupimi gadkami i dalej ma nadzieję, że uda się nam wygrać.
- Więc nasza bandxk rozpadła się?- spytałem zawiedziony
- Przykro mi Roman.Wiesz, że nie chciałem tego, ale tak wyszło- powiedział Mołdaw siadając na ziemi
Usiadłem na trawie wdychając świeże powietrze i patrząc na ognisko.Odeszli.Odeszli od nas.Zostawili nas, a bandyci i Heniek nas wykiwali.Wystarczyło kilka godzin, żeby dać sobie ze wszyskim spokój.Miałem mieszane uczucia.Przyjąłem do elity kilka osób, których tak naprawdę nie znałem dobrze i które nie znały mnie.Liczyłem, że przynajmniej oni będą lojalni, ale przeliczyłem się.Po raz kolejny dostałem od życia błotem w twarz.Nasza akcja z barem była rzeczywiście mało przemyślana, ale dlaczego zaraz tak się wszystko pozaplątało?Kilka razy liczyłem, ze chłopaki żartują, ale bylismy na to zbyt poważni to raz, a poza tym nie wyglądałoby to tak jak wygląda.watsłem i podszedłem do Gorsa
- Przykro mi stary- powiedziałem- Zginął Fiknat i to moja wina.Nie martwcie się.Wynagrodzę mu to
- Romek.Dobrze wiem, że to nie twoja wina.Taka robota.To powinność jest okrótna, nie my- powiedział Gors, ale nie słuchałem go tylko ruszyłem w stronę kordonu
- Gdzie ty leziesz?- spytał Mołdaw
- Do Heńka.Wiem gdzie on ma siedzibę
- Załatwi cię.Jest na ciebie wkurzony- powiedział Gors
- Mimo to idę
w tej chwili przybiegł Srafn
- Już jesteście?Gdzie jest Fiknat?- zapytał
- Nie żyje- odpowiedziałem idąc dalej
Srafn umilkł i chciał kilka razy pytać o coś, ale nie zdołał nic wybąkać.Dalej już nikogo nie słyszałem.Oddalałem się od placówki.Ktoś podbiegł mnie od tyłu i złąpał za ramię
- Po co tam idziesz?- zapytał Gors
- Przekonać ich- odparłem- zostańcie tutaj i pilnujcie, aby nikt nie zaatakował.Jakbyście potrzebowali pomocy dajcie znak przez radio
- Dobra, ale uważaj tam
- Spokojnie.Poradzę sobie- odparłem
- Jakbyś potrzebował walczyć, to wez karabin
- Racja- odpowiedziałem chwytając plecak, gdzie znajdował się karabin szturmowy VLA.To ostatni plecak, z porządnym sprzętem, jaki został na wypadki awaryjne.
Ruszyłem w stronę kordonu, idąc drogą.Heniek bazę miał w opusczonym zakątku wysypiska na wschodzie.Udałem się w lewo i poszedłem do miejsca gdzie rosły drzewa i rośliny.na wysypisku mało było takich miejsc.Na ogół leżały tutaj sterty śmieci napromieniowanych tak silnie, że mało kto wychodził z nich cały.Byłem coraz bliżej.karabin VLA.Porządna broń, jaką uzbieraliśmy za sprawą dużego farta.Nie mogłem go stracić.Obóz bandytów był coraz bliżej, aż w końcu stanąłem naprzeciwko bandyty, ubranego w kurtkę
- A ty czego tutaj?- zapytał mnie, jakby na oczy mnie nie widział
- Heńka chcę widzieć.Sprowadz mi go tu- rozkazałem
Minęło parę sekund, a może parę minut i przyszedł Heniek.Chudy, niewysoki bandyta w czarnym płaszczu.Stanął naprzeciwko mnie, paląc dużego czarnego skręta i gapił się głupkowato.
- O co biega?- zapytał
- O gówno- odpowiedziałem- czego nie pilnujecie placówki?- spytałem
- Nie tym tonem- warknął- Nie pilnujemy, bo znudziło nam się stanie tam.Sam pilnuj swojej placówki.Umowa była, ale w tym wypadku nie będzie żadnej kay do podziału, bo nie ma z kogo zdzierać kasy
- Wystawiliście mnie już po kilku godzinach- powiedziałem wnerwiony- Ja życiem ryzykowałem.W barze umarł nam człowiek
- Co mnie to ku*wa obchodzi?To twoi ludzie.Zacznij żyć sam, a nie polegać na innych.Ja pierdolę- wykrzyknął Heniek- Maks słyszałeś to?
- Co?- spytał inny bandyta
- On chce mi wmówić, że sterczenie tam to nasz obowiązek.Przypomne ci kolego- powiedział zwracając się do mnie- że jesteśmy bandytami, a nie stalkerami.U nas nie ma prawa i obietnic.
- A ja przypomnę ci, że jestem mordercą i zabijam również bandytów- powiedziałem- I nie należę do niczyjej frakcji ty zakichany ćpunie
- Chcesz mi grozić?Opanuj się Roman.Jest nas siedemnastu, a ty jeden.Lepiej wykorzystaj moją cierpliwość i zjeżdżaj zanim zrobię się nieprzyjemny.Chcesz placówkę to se ją miej, a nas zostaw w spokoju- powiedział Heniek
Teraz poczułem się naprawdę zepsuty.Każdy pozwalał sobie ze mną jak chciał.Życie naprawdę było beznadziejne.Nawet bandyci nie mieli honoru.Byli zwykłymi pomiotami w moich oczach.
- Jak się nudzisz, to opuść Zonę, Załatw sobie jakąś lachę i się wyżyj- powiedział Heniek- Zona jest dla twardzieli, bezuczuciowych i ludzi którzy nie czują bólu
- Pokaż jaki z ciebie twardziel- powiedziałem podcinając mu nożem gardło.Bandyci stanęli jak wryci i patrzyli to na Heńka, to na mnie.Wystrzeliłem z VLA i zabiłem pięciu dwoma magazynkami.Nie miałem ochoty dłużej patrzeć na ich twarze.Mordowałem kolejnych i czołgałem się, aby nie zostac postrzelonym.Śmierć, przelew krwi.Oczy miałem tym przesiąknięte.Ogarnęła mnie dzika żądza mordowania.Chciałem ich widzieć martwymi.Kolejny bandyta rzucił się na mnie z nożem.Wypaliłem mu w czoło.Dwóch następnych nie mogło mnie dorwać.Jak cień pozbyłem się ich.Nie wiem jak to się stało, ale zraniłem dziesięciu, a siedmiu załatwiłem.Zacząłem dobijać rannych bandytów i dzgać nożem nawet te ciała, które już nie żyły.Zrobiłem to.Nic w życiu nie dawało takiej satysfakcji jak zemsta.Ona jedna daje uciechę i radość.Problem jednak pozostaje- co potem?Moja banda starciła czterech członków.Przynajmniej pozostali, no i Fiknat byli lojalni.Naprawdę ludzie, a nie okrótni bandyci.Cokolwiek czułem wiedziałem jedno.Nie było dla mnie zabawą uśmiercanie ludzi.Chciałem robić to z zemsty i nienawiści, którą w sobie posiadałem.wymierzać w Zonie sprawiedliwość.To moje powołanie.Poszerzyć bandxk i zyskać naprawdę przyjaciół.Heńka nie żyje.Była jescze jedna osoba, na której uśmierceniu zależało mi najbardziej.Powrót do baru był nieunikniony i miałem zamiar to zrobić niedługo.Wróciłem na placówkę.Ku miłemu zaskoczeniu odnalazłem tam wszystkich
- I co?- zapytał Gors
- Nieżyją.Heniek i jego ekipa nieżyją- powiedziałem- zabiłem ich
- Zabiłeś Heńka?- zapytał Mołdaw- ty to kurna masz jaja.Jeden z mocnych gości, a ty go od tak zabiłeś.No no.A wogóle czemu?
- Wogóle mnie zdenerwował i wykiwał mnie, a ja nie toleruję oszustwa- odpowiedziałem
- Aż boję się ci stanąć na drodze mistrzu- powiedział Mołdaw- Powiem ci coś.Może i tamci odeszli, ale my będziemy z tobą.Bandxk nie zginie.dla mnie nie śa to puste plany
- Dla mnie też- powiedział Gors
- Przynajmniej wy macie po kolei w głowie- powiedziałem.teraz jednak przypomniał mi się młody kot, który miał żonę.Czy aby dobrze zrobiłem uśmiercając go?Zacząłem żałować tego co się stało.Postąpiłem pochopnie.Z drugiej strony zawsze brała mnie zazdrość, jak innym wiodło się lepiej.Teraz już to bez znaczenia.Prędzej czy pózniej umrę i już niczego nie zdziałam.Póki co trzymam się i żyję bez konkretnego celu, bez planów i marzeń.Jednynie wymierzam karę i mszczę się, za dawne krzywdy
Następnego dnia wstałem wcześnie rano.Wszyscy spali.Nasza placówka była mizernie strzeżona, ale dotąd nikt jej nie ruszył.Wyjąłem lornetkę, żeby poobserwować stado wron, które leciało z południa.Patrząc tak zamajaczyły mi na horyzoncie jakieś kształty.przyjrzałem się i dostrzegłem trzech stalkerów.Szli w naszą stronę
- Wstawać jełopy- krzyknąłem do ucha reszcie- szmal idzie
Mołdaw, Gors i srafn poderwali się i spojrzeli.Rzeczywiście ku ich zaskoczeniu szło trzech stalkerów.Nagle doszli i wtedy wymierzyliśmy im lufy w twarze.najwidocznie spodziewali się posterunku powinności, bo teraz dopiero zobaczyli nasze kurtki(oprócz Mołdawa, bo on miał kombinezon stalkera) i podnieśli ręce
- Dawać wszystko co macie- powiedziałem
- Szybciej i nie ruszać się- krzyknął Gors podbiegając do nich
- Już dajemy.Spokojnie.Niech cię szlag Morgan- zwrócił się do kolegi stalker stojący w środku
- Wszystko co mamy.nie mamy wiele.szliśmy do baru, żeby zarobić...
- Stól dziób i rzucaj na ziemię, a teraz na ziemię kładzcie się.Już!!!!- wrzasnąłem groznie patrząc na samotników
stalkerzy usłuchali i cała trójka położyła się na brzuchu kładąc ręce na plecach
- Sprawa wygląda tak- zacząłem kucając- Jeśli powiecie komuś co się tu znajduje to zabijemy was.Druga spawa.nie idziecie do baru.Zakazujemy tam iść.Tylko my możemy.Jeśli chcecie przejść, to więcej szmalu i towaru, a może ulegnę małej karcie przetargowej.Wracajcie tam skąd przyszliście.Macie 50 sekund.Czas liczę od momentu, kiedy wstaniecie.Dobra.Wstawajcie i spieprzać!!!
Stalkerzy wysłuchali rozkazu i zaczęli uciekać w stronę południa.Zanim minęło 50 sekund, byli za horyzontem daleko.tak oto zarobiliśmy pierwsze pieniądze na placówce.Życie dawało jednak od czasu do czasu swojego miodu.Znaleziony towar był niezły.Znajdowało się aż 152 tysięcy RU, dwie maszynówki.jedna lekko uszkodzona, druga w nowym stanie, tłumik, celownik pso, granatnik gp-25, amunicja do rpg-7u, czyli granaty og7v(aż 10).Do tego 47 bandaży, 13 apteczek, 2 lornetki, gitara, telefon komórkowy, chleb i 2 artefakty.Jeden nazywał się "gwiazda wieczorna".Był to unikat.Drugi zaś niebiesko- srebrny, błyszczący, o kształcie piramidy, lub czegoś podobnego.Gdy go chwyciłem poczułem się dziwnie.Po pierwsze wzrosła mi chęć do działania i posiadałem więcej energii, po drugie miałem szybszy refleks.najlepsze jednak w tym artefakcie było to, że lepił się jak kleista guma i przyjemnie chłodził.Przyłożyłem go do szyi.Chwilę tak trzymałem, aż zakręciło mi się w głowie i upadłem.Koledzy pytali uwzięcie "co mi jest?", ale ja nie wiedziałem.Wiem jedno.Moje ciało przekształcało się.Żyły stawały się coraz bardziej widoczne na ręce, aż bolały tak, że nie wytrzymałbym.Moje ciało wysychało i odwadniało się.Dusiłem się.Nie mogłem oddychać.Pożałowałem, że chwyciłem ten artefakt.Siłą odlepiłem go od swojego gardła i odetchnąłem z ulgą.Siły wracały.Cokolwiek to było nie umiałem stwierdzić co dokładnie powoduje i co się może stać, po użyciu tego produktu anomalii.
- Co to jest?- sptał Gors podbiegając
- Nie wiem- odparłem- na pewno ma złożone działanie
W tym momencie artefakt wypadł mi z ręki i potoczył się aż pod ognisko.Wszedł w reakcję z ogniem i wystrzelił aż pod niebo jak pocisk.Upadł daleko na trawie.Podbiegłem i chwyciłem go.Miałem pewien pomysł
- W reakcji z ciepłem wystrzelił jak nabój z karabinu.To ciekawe- powiedział Gors również odgadując o czym myślę
- Dokładnie- potwierdził Srafn- Stworzyć nabój, podgrzewany w broni i będzie maszyna do zabijania.Jeśli podzielimy jego strukturalnie, to wytworzymy kilkaset naboi plazmowych
- Wy chyba grzebiecie mi w myślach- powiedziałem
Dalszą część dnia nic nie robiliśmy, analizując artefakt i Srafn wymyślał schematy nowej broni na ten artefakt.Przyznam, że dobrze by było mieć takie cacko.