Kolejne Opowiadanie.

Powyżej 5000 znaków.

Moderator: Realkriss

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 08 Lis 2008, 14:16

Co się z tobą w ogóle działo? ? zaciekawił się Leon, nachylając się do przodu, niemal kładąc się na stole.
-Wiesz, co mi było? - odpowiedział obojętnym tonem Masterton. Wpatrywał się w kuchenkę gazową i tańczący płomień grzejący czajnik z wodą. Niedługo powinien zapiszczeć.
-Ale jak się czułeś? Jeśli w ogóle coś czułeś?
-Jak podczas snu. W ogóle nie czuję tego upływu czasu ? jakbym położył się wczoraj w nocy, a dziś rano obudził.
-Eee? - jęknął Leon, siadając z powrotem w normalnej pozycji na krześle.
-Co?
-Mówisz o tym? ze zbyt dużym spokojem. Co widziałeś?
-Jak to ?co widziałem?? Po prostu miałem atak ? zachowujecie się, jakbym? lunatykując prawie kogoś zabił!
-Blisko.
Jonathan zrobił wielkie oczy.
-Podziękujesz mi później. ? powiedział Mark, pokazując zabandażowaną dłoń.
-Coś jest z tobą nie tak? - oznajmił Mikołaj. ? Na pewno nic ci nie jest? Żadnych zmian?
-Mam problemy z lewą ręką.
-?Problemy??
-Niedowład. ? Jonathan spróbował położyć na stole lewą rękę, którą do tej pory opierał na kolanie. Z widocznym wysiłkiem uniósł ją na kilka centymetrów, skierowanie jej zaś nad stół sprawiło mu wyraźny ból. Nagle, zanim zdołał ją wyciągnąć jeszcze kilka centymetrów przed siebie, opadła ona w widocznie niekontrolowany sposób.
Masterton zasyczał głośno z bólu, w chwili, w której dłoń uderzyła o kant. Miał przerażony wyraz twarzy, który pogłębiał się z każdą sekundą poświęconą na wygodne ułożenie ręki, która bezwładnie zwisała pomiędzy kolanami.
-Jezu? - jęknął błagalnie. Zaciskając zęby, jakby spodziewając się kolejnej fali bólu, chwycił bezwładny nadgarstek prawą ręką, który ułożył z powrotem na kolanie, po czym odetchnął z wyraźną ulgą.
Chcąc zmienić temat, Jonathan powiedział:
-Musimy wrócić do Johnsona.
-Po cholerę? ? zapytał zdziwiony Leon.
-Muszę coś? sprawdzić.
-Jego ciało?
-Być może?
-Nie masz na co liczyć ? wtrącił się do tej pory milczący Lenny. ? Psy go zjadły.
-Na zdrowie. Ale i tak muszę coś tam sprawdzić. Za godzinę pod? flagą.


-Co? ? spytał zdziwiony John, słysząc gwizdnięcie towarzyszącego mu stalkera.
-Ta szkoła. ? odpowiedział Graham, rozglądając się dookoła. ? Coś w niej jest.
-Graham?
-Tak?
-Teraz ja go poniosę.
Graham zwiesił ramiona i zrobił zażenowaną minę.
-To nie przez niego. ? począł się tłumaczyć. ? Taki już jestem i tyle. ? Graham, trzymając plecak za pasek lewą ręką, mruknął pytająco, mierząc Finna spojrzeniem. ? Więc??
-A noś go sobie? - mruknął Finn. ? W sumie to i tak jest odizolowany, więc?
-Właśnie. Więc przestań się czepiać, to nie Ostatni Pierścień, żebyśmy się o niego zatłukli, czy tak?
-Taak.
-Drzwi?
-Zablokowane.
-To znaczy?
-Zamknięte na klucz. Wyjmij łom.
Graham zdjął z pleców wielką torbę, położył ją na chodniku, po czym usiadł przy niej niemal po turecku ? mimo tego, że kombinezon był lekki, ograniczał jego ruchy. ]
Graham i John Finn znajdowali się w północnej części Mryńska, kilometr od krańca jego centrum i otoczonego rynkiem kościoła. Po przejściu przez duży, miejski park, pokonali niewielki kilometr wzdłuż głównej ulicy miasta, po czym, skręcając na zachód, dotarli do uniwersytetu.
-Kurwa? - przeklął Graham, grzebiąc w plecaku.
-Tylko nie mów, że?
-Nie? mam łom? - poinformował stalker, na ironię wyciągając narzędzie obiema rękoma. Wysuwając je całkiem i kładąc kawał żelaza na ziemi, dodał. ? Ja miałem zbierać informacje, ty zdjęcia, tak?
-Do rzeczy!
-Trzy godziny przed wybuchem w szkole zastrajkowali nauczyciele.
John zrobił zdziwioną minę i pierwszy raz podczas tej rozmowy spojrzał na Grahama.
-Sprzeciwiali się dyrektorowi ? złe traktowanie, bezsensowne pomysły, jakieś próby zmiany funkcjonowania szkoły. ? kontynuował stalker. ? Ustawili się przed szkołą i zażądali dymisji ? a, że nie posłuchał, to wpadli do szkoły i ją zdemolowali, przy okazji tłucząc kilka osób ? uczniów, dyrektora, po drodze staranowali nawet woźnego.
John gwizdnął z podziwem.
-Nie ma co, potrafią walczyć o swoje? - rzucił ironicznie. ? I trzeciego dnia, w dniu wybuchu?
-Zabarykadowali się, a kiedy w elektrowni walnęło, zostali w środku.
-I?
-Gdy wojskowi wparowali do środka, nikogo nie znaleźli. Pusto.
-A propos wojska, jakim cudem nie znaleźli nas? Gdzie oni w ogóle są?
-Zasługa Sussaro. ? Graham, z łomem w lewym ręku, podniósł się z chodnika, po czym stanął na równe nogi, zarzucając plecak z powrotem na plecy. ? Co? ? zaniepokoił się, widząc zaniepokojony wyraz twarzy Finna, zniekształcony przez przesłonkę kombinezonu.
-Mieliśmy tylko go naładować i wrócić, tak?
-Ta, ale on nam nie zapłaci za to tylu pieniędzy. A stalkerzy za zdjęcia stąd, owszem. Chwila? wiem o co ci chodzi.
-No, pochwal się.
-Czy skarci nas za to, że nadużywamy jego ?wkładu??
-O tym właśnie mówię. ? zmartwił się John. ? Jeśli się dowie?
-Nie obrazi się, uwierz mi. Jemu, o dziwo, pieniądze też są potrzebne. Wchodzimy? - jęknął, opierając łom na ramieniu. ? Robimy kilka zdjęć. ? dodał, robiąc pierwszy krok w stronę drzwi. ? I już nas tu nie ma.
-No dobra?


Siedziałem na starej, szpitalnej kozetce w podziemnej, medycznej części podziemi obozu rządu. Znajdowałem się w odizolowanym pomieszczeniu, z ustawionymi na lewo i prawo ode mnie dwoma łóżkami, którym ?towarzyszyła? blaszana półka. W kącie długiego na dziesięć, a szerokiego na około pięć metrów pomieszczenia stało pięć wysokich słupków na kółkach, służących do wywieszenia na niej kroplówki oraz oparta na krześle zmięta, zielona zasłonka.
Śnieżnobiałe kafelki w połączeniu z silnym światłem jarzeniówki biły mnie w oczy bardziej, niż poranne słońce ? co chwila mrużyłem przewrażliwione na światło oczy, ocierając je z łez. Panujące światło było dla mnie wręcz nienaturalne, wszechobecne, tak silne, że odbiło się na szklanych szybach, naprzeciwko mnie, uniemożliwiając mi zobaczenie, czegokolwiek na korytarzu.
Słysząc metaliczny zgrzyt, obejrzałem się w stronę źródła dźwięku ? wielkich, blaszanych drzwi, które ktoś najwyraźniej zaczął otwierać.
Kiedy otworzyły się na oścież, przez ich próg przeszedł wysoki mężczyzna w stroju, który określiłem jako ?nie pasujący do sytuacji?. Jednak nie garnitur zwrócił moją uwagę, a białe, nie, trupio blade i naznaczone szkarłatną szramą lewe oko. Zdawało się funkcjonować równie dobrze jak zdrowe, prawe ? podążało ono w rytm drugiego, nie zezowało i zdawało się wciąż pracować w pełni sprawnie. Mimo to wyglądało okropnie, na dodatek było ono podkreślone przez bliznę idącą od górnej części policzka aż po brew ? był to dokładny przebieg rany, powstałej najprawdopodobniej w wyniku cięcia.
Gdybym był w lepszym nastroju, gwizdnąłbym z niejakim podziwem, widząc ranę stalkera, jednak w obecnych okolicznościach jedynie mnie ona zniesmaczyła.
Za agentem w garniturze do pokoju wkroczyło jeszcze sześć osób ? trzech postawnych mężczyzn około czterdziestu lat, jeden wyraźnie niższy, grubszy i starszy ? oceniałem jego wiek na ponad pięćdziesiąt, któremu towarzyszył dobrze znany mi Mark.
Spojrzał na mnie zdziwiony ? próbując nie dać po sobie poznać, że niejednokrotnie go spotkałem, zwiesiłem głowę i zacząłem wpatrywać się w podłogę.
Jeśli się wygadał, to obaj najpewniej skończymy w anomalii.
A Igor uniknie kary.
-Gdzie Lenny? ? spytał stalker z rozciętym okiem.
-Zmienia gips. ? odpowiedział mu zwalisty, siwiejący agent, kierując się w stronę najbliższego krzesła. ? Zgaś to? - rzucił, łapiąc krzesło za oparcie, po czym przeciągnął je pod szybę. ? No i? ? mruknął, usadowiwszy się z wyraźną ulgą na oparciu. ? Co z nim robimy? ? rzekł, kierując na mnie spojrzenie.
Poczułem się dość nieswojo.
-Do anomalii? - mruknął jeden z opierających się o ścianę stalkerów, sięgając ręką pod pazuchę. Sparaliżowany strachem, zdołałem tylko wlepić w niego gały, spodziewając się widoku pistoletu, po którym nastąpiła by całkowita ciemność.
-Czekaj! ? zawołał stojący obok zamierzającego mnie zabić agenta mężczyzna. Wpatrując się we mnie, z niemałym rozbawieniem z powodu przerażonego wyrazu mojej twarzy, po omacku przytrzymał dłoń sięgającą po broń. ? Pogadajmy z nim. ? zaproponował. Podszedł do mnie i wyciągnął przed siebie rękę, oczekując powitalnego uścisku. ? Leon. ? przedstawił się. Widząc, że wciąż jestem przestraszony, zapewnił. ? Nic ci nie zrobimy?
-Michał? - wymamrotałem, trąc piekącą bliznę na czole. Zabije sku*wiela? - Na pewno nic mi nie zrobicie?
-Na pewno? - zapewnił mnie Leon.
Mimo niewątpliwie dużej szczerości włożone w te słowa nie przekonały mnie one ? brzmiały jak wymówka nastolatka, który kłamie, że nigdy w życiu nie palił papierosów. Sam w ten sposób kłamałem, było więc to mi aż za dobrze znane.
Dopóki nie znajdę się u siebie, w magazynach, nie przestanę się denerwować, choćby nie wiem co.
Nie zważając na dręczącą mnie niepewność, uścisnąłem dłoń Leona. Ten odwrócił się przez plecy i zaczął po kolei przedstawiać mi pozostałe osoby.
-Sznyta na czole to Jonathan, ten, który najwidoczniej bardzo lubi rozmawiać to Radek, ten na lewo od niego to Mikołaj, a na prawo, Mark. Mnie znasz, a ten staruch?
-Pierdol się? - warknął Izaak, wystawiając w stronę Leona środkowy palec.
-To Izaak.
-Jeśli nie chcecie mnie zabić... ? zacząłem.
-Pomyślimy o tym. ? wtrącił się Radek.
sku*wiel.
-Jeśli się nie zamkniesz, sam się zabiję. ? wycedziłem ze złości. Widząc jego zdziwiony wyraz twarzy, zwróciłem się do reszty, tym samym całkowicie go lekceważąc. ? To o czym chcecie? porozmawiać? ? zapytałem, wciąż nie będąc pewny swojego losu.
-O Igorze. ? odezwał się Jonathan, siadając na szpitalnym łóżku po mojej lewej stronie. Kiedy kładł ręce na pościeli, zauważyłem na jego prawej dłoni błyszczący srebrzystym blaskiem przedmiot ? swoiste połączenie kastetu ze sztyletem, uchwyt na dwa palce, zakończony ostrzem.
Spojrzałem znowu na jego rozcięte oko. Zauważył to.
-Sam sobie tego nie zrobiłem. ? zapewnił, uśmiechając się.
-Co z tym Igorem?! ? krzyknąłem niemal, ku zdumieniu obecnych stalkerów.
-Spokojnie? - uspokoił mnie Leon. ? Mówiłem, że nic ci nie grozi.
-Podejdź tu. ? rozkazałem.
-Wedle życzenia.
Kiedy Leon zbliżył się do mnie na dwa metry, przyjrzałem się jego palcom.
Były przyżółkłe od wieloletniego palenia papierosów.
-Od dawna palisz? ? spytałem. Leon, w pewnym sensie zbity z tropu tym pytaniem, odpowiedział po chwili namysłu.
-Od trzynastego roku życia, a co to ma do rzeczy?
-Ile razy kłamałeś mamusi, że nie palisz?
-Wiele, wiele razy.
-Teraz też kłamiesz?
-Jezu? - mruknął Leon błagalnie. ? Zabierzcie mnie od niego, bo chyba coś mu zrobię. Mówię ci po raz ostatni ? nic ci się nie stanie, rozumiesz?
-To o co chodzi wam z tym Igorem, co? Tak bardzo się interesujecie tym kretem?
Radek gwizdnął.
-Ktoś tu jest dobrze poinformowany. ? powiedział. ? Ale do sedna. Nie tylko ty chcesz zrobić porządek z Igorem.
-Serio? ? jęknąłem. ? A któż to będzie mnie wspierał w dorwaniu tego ch*ja?
-My. ? oznajmił Jonathan.
Nigdy nie znalazłbym odpowiednich słów na opisanie mojego zdziwienia. Zdołałem z siebie wydusić jedynie krótkie, urwane ?Co??.
-Właśnie to. ? rzekł Leon. ? Święty, podaj listę. ? zwrócił się do Mikołaja. Ten wyciągnął z kieszeni zmiętą kartkę i podał ją kompanowi.
Leon rozłożył kartkę, odwrócił ją do góry nogami, po czym zaczął czytać.
-To lista rzeczy, których mamy się pozbyć w najbliższym czasie, sporządzona przez, jak mu tam było?
-Dymitra. ? podpowiedział Jonathan, kładąc się ?plackiem? na łóżku. Z sekundy na sekundę zrobił się wyjątkowo senny. ? Czytaj, chętnie posłucham.
-No więc? nie będę czytał słowo w słowo, za dużo tu tego. ?Jako wasz nowy szef i przywódca, na początek nakazuję wam zrobić dwie rzeczy ? zmienić nasz wizerunek i wzmocnić ochronę. Musimy się jak najbardziej odróżnić od militarnych, bo wszyscy wiemy, za co tak nienawidzą stalkerów. My musimy być inni ? musimy trzymać pieczę nad Zoną a ze stalkerami się pogodzić; zapewnić ich, że też potępiamy wojskowych. Co najważniejsze, musimy znaleźć dowody na to, że masakra w grudniu dwutysięcznego nie jest naszą sprawką. No dobry początek, pozbywamy się dwóch rzeczy. Patroli i Igora.?
Czyli, krótko mówiąc, mamy się nim zająć, nieważne w jaki sposób, Igor ma, powiedzmy, opuścić to miejsce.
-Jak? ? spytałem.
-Bo ja wiem? ? mruknął Jonathan, wpatrując się w sufit. ? Jednego już załatwiliśmy, a teraz mamy po naszej stronie Dymitra.
-Z nim będzie o wiele łatwiej. ? zauważył Radek.
-Możliwe. Ale to będzie prawdziwie brudna robota.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Reklamy Google

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 08 Lis 2008, 14:16

Co się z tobą w ogóle działo? ? zaciekawił się Leon, nachylając się do przodu, niemal kładąc się na stole.
-Wiesz, co mi było? - odpowiedział obojętnym tonem Masterton. Wpatrywał się w kuchenkę gazową i tańczący płomień grzejący czajnik z wodą. Niedługo powinien zapiszczeć.
-Ale jak się czułeś? Jeśli w ogóle coś czułeś?
-Jak podczas snu. W ogóle nie czuję tego upływu czasu ? jakbym położył się wczoraj w nocy, a dziś rano obudził.
-Eee? - jęknął Leon, siadając z powrotem w normalnej pozycji na krześle.
-Co?
-Mówisz o tym? ze zbyt dużym spokojem. Co widziałeś?
-Jak to ?co widziałem?? Po prostu miałem atak ? zachowujecie się, jakbym? lunatykując prawie kogoś zabił!
-Blisko.
Jonathan zrobił wielkie oczy.
-Podziękujesz mi później. ? powiedział Mark, pokazując zabandażowaną dłoń.
-Coś jest z tobą nie tak? - oznajmił Mikołaj. ? Na pewno nic ci nie jest? Żadnych zmian?
-Mam problemy z lewą ręką.
-?Problemy??
-Niedowład. ? Jonathan spróbował położyć na stole lewą rękę, którą do tej pory opierał na kolanie. Z widocznym wysiłkiem uniósł ją na kilka centymetrów, skierowanie jej zaś nad stół sprawiło mu wyraźny ból. Nagle, zanim zdołał ją wyciągnąć jeszcze kilka centymetrów przed siebie, opadła ona w widocznie niekontrolowany sposób.
Masterton zasyczał głośno z bólu, w chwili, w której dłoń uderzyła o kant. Miał przerażony wyraz twarzy, który pogłębiał się z każdą sekundą poświęconą na wygodne ułożenie ręki, która bezwładnie zwisała pomiędzy kolanami.
-Jezu? - jęknął błagalnie. Zaciskając zęby, jakby spodziewając się kolejnej fali bólu, chwycił bezwładny nadgarstek prawą ręką, który ułożył z powrotem na kolanie, po czym odetchnął z wyraźną ulgą.
Chcąc zmienić temat, Jonathan powiedział:
-Musimy wrócić do Johnsona.
-Po cholerę? ? zapytał zdziwiony Leon.
-Muszę coś? sprawdzić.
-Jego ciało?
-Być może?
-Nie masz na co liczyć ? wtrącił się do tej pory milczący Lenny. ? Psy go zjadły.
-Na zdrowie. Ale i tak muszę coś tam sprawdzić. Za godzinę pod? flagą.


-Co? ? spytał zdziwiony John, słysząc gwizdnięcie towarzyszącego mu stalkera.
-Ta szkoła. ? odpowiedział Graham, rozglądając się dookoła. ? Coś w niej jest.
-Graham?
-Tak?
-Teraz ja go poniosę.
Graham zwiesił ramiona i zrobił zażenowaną minę.
-To nie przez niego. ? począł się tłumaczyć. ? Taki już jestem i tyle. ? Graham, trzymając plecak za pasek lewą ręką, mruknął pytająco, mierząc Finna spojrzeniem. ? Więc??
-A noś go sobie? - mruknął Finn. ? W sumie to i tak jest odizolowany, więc?
-Właśnie. Więc przestań się czepiać, to nie Ostatni Pierścień, żebyśmy się o niego zatłukli, czy tak?
-Taak.
-Drzwi?
-Zablokowane.
-To znaczy?
-Zamknięte na klucz. Wyjmij łom.
Graham zdjął z pleców wielką torbę, położył ją na chodniku, po czym usiadł przy niej niemal po turecku ? mimo tego, że kombinezon był lekki, ograniczał jego ruchy. ]
Graham i John Finn znajdowali się w północnej części Mryńska, kilometr od krańca jego centrum i otoczonego rynkiem kościoła. Po przejściu przez duży, miejski park, pokonali niewielki kilometr wzdłuż głównej ulicy miasta, po czym, skręcając na zachód, dotarli do uniwersytetu.
-Kurwa? - przeklął Graham, grzebiąc w plecaku.
-Tylko nie mów, że?
-Nie? mam łom? - poinformował stalker, na ironię wyciągając narzędzie obiema rękoma. Wysuwając je całkiem i kładąc kawał żelaza na ziemi, dodał. ? Ja miałem zbierać informacje, ty zdjęcia, tak?
-Do rzeczy!
-Trzy godziny przed wybuchem w szkole zastrajkowali nauczyciele.
John zrobił zdziwioną minę i pierwszy raz podczas tej rozmowy spojrzał na Grahama.
-Sprzeciwiali się dyrektorowi ? złe traktowanie, bezsensowne pomysły, jakieś próby zmiany funkcjonowania szkoły. ? kontynuował stalker. ? Ustawili się przed szkołą i zażądali dymisji ? a, że nie posłuchał, to wpadli do szkoły i ją zdemolowali, przy okazji tłucząc kilka osób ? uczniów, dyrektora, po drodze staranowali nawet woźnego.
John gwizdnął z podziwem.
-Nie ma co, potrafią walczyć o swoje? - rzucił ironicznie. ? I trzeciego dnia, w dniu wybuchu?
-Zabarykadowali się, a kiedy w elektrowni walnęło, zostali w środku.
-I?
-Gdy wojskowi wparowali do środka, nikogo nie znaleźli. Pusto.
-A propos wojska, jakim cudem nie znaleźli nas? Gdzie oni w ogóle są?
-Zasługa Sussaro. ? Graham, z łomem w lewym ręku, podniósł się z chodnika, po czym stanął na równe nogi, zarzucając plecak z powrotem na plecy. ? Co? ? zaniepokoił się, widząc zaniepokojony wyraz twarzy Finna, zniekształcony przez przesłonkę kombinezonu.
-Mieliśmy tylko go naładować i wrócić, tak?
-Ta, ale on nam nie zapłaci za to tylu pieniędzy. A stalkerzy za zdjęcia stąd, owszem. Chwila? wiem o co ci chodzi.
-No, pochwal się.
-Czy skarci nas za to, że nadużywamy jego ?wkładu??
-O tym właśnie mówię. ? zmartwił się John. ? Jeśli się dowie?
-Nie obrazi się, uwierz mi. Jemu, o dziwo, pieniądze też są potrzebne. Wchodzimy? - jęknął, opierając łom na ramieniu. ? Robimy kilka zdjęć. ? dodał, robiąc pierwszy krok w stronę drzwi. ? I już nas tu nie ma.
-No dobra?


Siedziałem na starej, szpitalnej kozetce w podziemnej, medycznej części podziemi obozu rządu. Znajdowałem się w odizolowanym pomieszczeniu, z ustawionymi na lewo i prawo ode mnie dwoma łóżkami, którym ?towarzyszyła? blaszana półka. W kącie długiego na dziesięć, a szerokiego na około pięć metrów pomieszczenia stało pięć wysokich słupków na kółkach, służących do wywieszenia na niej kroplówki oraz oparta na krześle zmięta, zielona zasłonka.
Śnieżnobiałe kafelki w połączeniu z silnym światłem jarzeniówki biły mnie w oczy bardziej, niż poranne słońce ? co chwila mrużyłem przewrażliwione na światło oczy, ocierając je z łez. Panujące światło było dla mnie wręcz nienaturalne, wszechobecne, tak silne, że odbiło się na szklanych szybach, naprzeciwko mnie, uniemożliwiając mi zobaczenie, czegokolwiek na korytarzu.
Słysząc metaliczny zgrzyt, obejrzałem się w stronę źródła dźwięku ? wielkich, blaszanych drzwi, które ktoś najwyraźniej zaczął otwierać.
Kiedy otworzyły się na oścież, przez ich próg przeszedł wysoki mężczyzna w stroju, który określiłem jako ?nie pasujący do sytuacji?. Jednak nie garnitur zwrócił moją uwagę, a białe, nie, trupio blade i naznaczone szkarłatną szramą lewe oko. Zdawało się funkcjonować równie dobrze jak zdrowe, prawe ? podążało ono w rytm drugiego, nie zezowało i zdawało się wciąż pracować w pełni sprawnie. Mimo to wyglądało okropnie, na dodatek było ono podkreślone przez bliznę idącą od górnej części policzka aż po brew ? był to dokładny przebieg rany, powstałej najprawdopodobniej w wyniku cięcia.
Gdybym był w lepszym nastroju, gwizdnąłbym z niejakim podziwem, widząc ranę stalkera, jednak w obecnych okolicznościach jedynie mnie ona zniesmaczyła.
Za agentem w garniturze do pokoju wkroczyło jeszcze sześć osób ? trzech postawnych mężczyzn około czterdziestu lat, jeden wyraźnie niższy, grubszy i starszy ? oceniałem jego wiek na ponad pięćdziesiąt, któremu towarzyszył dobrze znany mi Mark.
Spojrzał na mnie zdziwiony ? próbując nie dać po sobie poznać, że niejednokrotnie go spotkałem, zwiesiłem głowę i zacząłem wpatrywać się w podłogę.
Jeśli się wygadał, to obaj najpewniej skończymy w anomalii.
A Igor uniknie kary.
-Gdzie Lenny? ? spytał stalker z rozciętym okiem.
-Zmienia gips. ? odpowiedział mu zwalisty, siwiejący agent, kierując się w stronę najbliższego krzesła. ? Zgaś to? - rzucił, łapiąc krzesło za oparcie, po czym przeciągnął je pod szybę. ? No i? ? mruknął, usadowiwszy się z wyraźną ulgą na oparciu. ? Co z nim robimy? ? rzekł, kierując na mnie spojrzenie.
Poczułem się dość nieswojo.
-Do anomalii? - mruknął jeden z opierających się o ścianę stalkerów, sięgając ręką pod pazuchę. Sparaliżowany strachem, zdołałem tylko wlepić w niego gały, spodziewając się widoku pistoletu, po którym nastąpiła by całkowita ciemność.
-Czekaj! ? zawołał stojący obok zamierzającego mnie zabić agenta mężczyzna. Wpatrując się we mnie, z niemałym rozbawieniem z powodu przerażonego wyrazu mojej twarzy, po omacku przytrzymał dłoń sięgającą po broń. ? Pogadajmy z nim. ? zaproponował. Podszedł do mnie i wyciągnął przed siebie rękę, oczekując powitalnego uścisku. ? Leon. ? przedstawił się. Widząc, że wciąż jestem przestraszony, zapewnił. ? Nic ci nie zrobimy?
-Michał? - wymamrotałem, trąc piekącą bliznę na czole. Zabije sku*wiela? - Na pewno nic mi nie zrobicie?
-Na pewno? - zapewnił mnie Leon.
Mimo niewątpliwie dużej szczerości włożone w te słowa nie przekonały mnie one ? brzmiały jak wymówka nastolatka, który kłamie, że nigdy w życiu nie palił papierosów. Sam w ten sposób kłamałem, było więc to mi aż za dobrze znane.
Dopóki nie znajdę się u siebie, w magazynach, nie przestanę się denerwować, choćby nie wiem co.
Nie zważając na dręczącą mnie niepewność, uścisnąłem dłoń Leona. Ten odwrócił się przez plecy i zaczął po kolei przedstawiać mi pozostałe osoby.
-Sznyta na czole to Jonathan, ten, który najwidoczniej bardzo lubi rozmawiać to Radek, ten na lewo od niego to Mikołaj, a na prawo, Mark. Mnie znasz, a ten staruch?
-Pierdol się? - warknął Izaak, wystawiając w stronę Leona środkowy palec.
-To Izaak.
-Jeśli nie chcecie mnie zabić... ? zacząłem.
-Pomyślimy o tym. ? wtrącił się Radek.
sku*wiel.
-Jeśli się nie zamkniesz, sam się zabiję. ? wycedziłem ze złości. Widząc jego zdziwiony wyraz twarzy, zwróciłem się do reszty, tym samym całkowicie go lekceważąc. ? To o czym chcecie? porozmawiać? ? zapytałem, wciąż nie będąc pewny swojego losu.
-O Igorze. ? odezwał się Jonathan, siadając na szpitalnym łóżku po mojej lewej stronie. Kiedy kładł ręce na pościeli, zauważyłem na jego prawej dłoni błyszczący srebrzystym blaskiem przedmiot ? swoiste połączenie kastetu ze sztyletem, uchwyt na dwa palce, zakończony ostrzem.
Spojrzałem znowu na jego rozcięte oko. Zauważył to.
-Sam sobie tego nie zrobiłem. ? zapewnił, uśmiechając się.
-Co z tym Igorem?! ? krzyknąłem niemal, ku zdumieniu obecnych stalkerów.
-Spokojnie? - uspokoił mnie Leon. ? Mówiłem, że nic ci nie grozi.
-Podejdź tu. ? rozkazałem.
-Wedle życzenia.
Kiedy Leon zbliżył się do mnie na dwa metry, przyjrzałem się jego palcom.
Były przyżółkłe od wieloletniego palenia papierosów.
-Od dawna palisz? ? spytałem. Leon, w pewnym sensie zbity z tropu tym pytaniem, odpowiedział po chwili namysłu.
-Od trzynastego roku życia, a co to ma do rzeczy?
-Ile razy kłamałeś mamusi, że nie palisz?
-Wiele, wiele razy.
-Teraz też kłamiesz?
-Jezu? - mruknął Leon błagalnie. ? Zabierzcie mnie od niego, bo chyba coś mu zrobię. Mówię ci po raz ostatni ? nic ci się nie stanie, rozumiesz?
-To o co chodzi wam z tym Igorem, co? Tak bardzo się interesujecie tym kretem?
Radek gwizdnął.
-Ktoś tu jest dobrze poinformowany. ? powiedział. ? Ale do sedna. Nie tylko ty chcesz zrobić porządek z Igorem.
-Serio? ? jęknąłem. ? A któż to będzie mnie wspierał w dorwaniu tego ch*ja?
-My. ? oznajmił Jonathan.
Nigdy nie znalazłbym odpowiednich słów na opisanie mojego zdziwienia. Zdołałem z siebie wydusić jedynie krótkie, urwane ?Co??.
-Właśnie to. ? rzekł Leon. ? Święty, podaj listę. ? zwrócił się do Mikołaja. Ten wyciągnął z kieszeni zmiętą kartkę i podał ją kompanowi.
Leon rozłożył kartkę, odwrócił ją do góry nogami, po czym zaczął czytać.
-To lista rzeczy, których mamy się pozbyć w najbliższym czasie, sporządzona przez, jak mu tam było?
-Dymitra. ? podpowiedział Jonathan, kładąc się ?plackiem? na łóżku. Z sekundy na sekundę zrobił się wyjątkowo senny. ? Czytaj, chętnie posłucham.
-No więc? nie będę czytał słowo w słowo, za dużo tu tego. ?Jako wasz nowy szef i przywódca, na początek nakazuję wam zrobić dwie rzeczy ? zmienić nasz wizerunek i wzmocnić ochronę. Musimy się jak najbardziej odróżnić od militarnych, bo wszyscy wiemy, za co tak nienawidzą stalkerów. My musimy być inni ? musimy trzymać pieczę nad Zoną a ze stalkerami się pogodzić; zapewnić ich, że też potępiamy wojskowych. Co najważniejsze, musimy znaleźć dowody na to, że masakra w grudniu dwutysięcznego nie jest naszą sprawką. No dobry początek, pozbywamy się dwóch rzeczy. Patroli i Igora.?
Czyli, krótko mówiąc, mamy się nim zająć, nieważne w jaki sposób, Igor ma, powiedzmy, opuścić to miejsce.
-Jak? ? spytałem.
-Bo ja wiem? ? mruknął Jonathan, wpatrując się w sufit. ? Jednego już załatwiliśmy, a teraz mamy po naszej stronie Dymitra.
-Z nim będzie o wiele łatwiej. ? zauważył Radek.
-Możliwe. Ale to będzie prawdziwie brudna robota.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 20 Lis 2008, 21:50

33

-No, no? - mruknął Graham, rozglądając się dookoła.
-Nieźle ich musiał wku*wić, co? ? rzekł John, zamykając drzwi wejściowe uczelni. Odwrócił się przez plecy, oparł ręce o biodra, po czym dodał. ? Pozdrapywać farbę i mielibyśmy Prypeć.
-Sussarowi by się to spodobało. ? zauważył stalker. ? Zawsze jest jakaś różnica, ale w końcu? - nie kończąc zdania, uśmiechnął się lekko.
-Fakt, spodobałoby się mu.
Długi, ciągnący się kilkanaście metrów w obie strony korytarz z lekko zaokrąglonym sufitem zaścielony był połamanymi ławkami, porozszarpywanymi książkami wszelakiej maści oraz róznymi przedmiotami codziennego użytku. Białe i czarne, poukładane na wzór szachownicy poprzykrywane były butelkami, (zarówno szklanymi jak i plastikowymi) linijkami, ekierkami, kątomierzami, cyrklami, zerwanymi ze ścian obrazami i kilkoma przyrządami z pracowni fizyczno-chemicznej.
Na końcu korytarza po prawej stronie, na parapecie przy oknie stał wielki model globusa, odznaczający się na strumieniu intensywnego, słonecznego światła wylewającego się zza nowych, plastikowych szyb. Czarny kształt odznaczał się na tle niczym kleks na kartce papieru.
Naprzeciwko dwójki stalkerów zaczynały się szerokie, dość niskie schody prowadzące na piętro uczelni, również ?przyozdobione? porozrzucanym wyposażeniem budynku. Ściany na piętrze miały, w przeciwieństwie do kremowych na parterze, niebieski, soczysty kolor, mocno kontrastujący z identycznym, białym sufitem. Kolorystyka wewnątrz szkoły była niewątpliwie dziwna, bardziej jednak prawdopodobna była wersja, że z racji wybuchu w elektrowni nie skończono przemalowywać reszty ścian na biały/niebieski kolor.
Drewniana, zakończona elegancką gałką poręcz była podrapana i zniszczona, pokryta cięciami zrobionymi nożem lub scyzorykiem. Nawet na stopniach leżało kilka kupek wiórów i drzazg, jeszcze suchych.
-Odkąd zaczynamy? ? spytał Graham, odbezpieczając pistolet.
-Korytarz na lewo. ? oznajmił John, wskazując palcem za siebie. ? Sprawdzamy każdy pokój po kolei. I staraj się nie hałasować ? pamiętaj, że ktoś wciąż może tu być.
-Zobaczymy?


-Jak twoja ręka? ? spytał już drugi raz w ciągu minuty Leon Jonathana, bez przerwy wyglądając za okno swej kwatery. Spojrzał za zegarek. Widząc to, odezwał się Mikołaj:
-Która godzina?
-Siódma. Jeszcze pięć.
O wspomnianej siódmej pięć Jonathan, Radek, Lenny, Leon, Mikołaj, Izaak i Michał mieli się spotkać z Dymitrem, obecnie, jak to określił, ?porządkując swoje nowe biuro?. Mieli wiele do omówienia ? sposób na dalsze rozpracowywanie łowców organów, kwestię samego Mastertona i wojska, grudniowej masakry lecz przede wszystkim ? mieli się tam udać by porozmawiać o Igorze.
Nie zdobycie broni, zabicie kogoś, upolowanie mutanta czy zdobycie któregoś z rejonów Zony.
To zmiana wizerunku miała się okazać najtrudniejszym zadaniem dla przedstawicieli rządu w Strefie. Oczywiście, nie uniknie się kilku zabójstw, jednak wiele rzeczy takich jak niechęć stalkerów do agentów po grudniu dwutysięcznego żadne morderstwo nie załatwi.
Podobno Dymitr miał plan co do tego ostatniego. W wstępnej rozmowie przez telefon wydawał się bardzo podekscytowany i niezwykle pewny siebie. Patrząc na jego dotychczasowe sukcesy i generalnie, jego ?referencje? można się było spodziewać naprawdę sensownego pomysłu. Nie wchodząc w szczegóły, Dymitr był w ścisłej czołówce wszystkich działaczy rządu Ukrainy, a Zona to idealny teren, w którym mógłby dożyć emerytury, jakkolwiek dziwnie to by nie brzmiało.
-Jak moja ręka? ? zadrwił lekko Jonathan. ? Bez tego i łykania prochów co godzinę się raczej nie obędzie. ? wyszeptał, wkładając na lewe ramię stary pas nośny, w który po chwili, z pomocą Mikołaja i ?zachętą? widocznego bólu, umieścił bezwładne a mimo to bolące ramię. ? A pogoda?
Leon jeszcze raz odsłonił firanę okna i wyjrzał przez nie na dziedziniec i wystające za nim drzewa, dość znacznie przysłaniające niebo.
-Wietrznie, ciemno, zimno i nieprzyjemnie a do tego burzowe chmury.
-Ujdzie? - Jonathan z pomocą prawej dłoni wstał z kanapy, po czym otworzył stojącą na końcu długiego pokoju szafkę i począł wyciągać z niej płaszcz. Zdołał wciągnąć go na prawe ramie, którym, po włożeniu w rękaw, nasunął pozostałą część ubrania na lewe ramię. Sam uporał się też z guzikami, pozostawiając nie zapięty jedynie ten najwyższy, przy samej szyi.
-Już? ? zaciekawił się.
-Ta. ? odpowiedział Izaak, sprawdzając godzinę w telefonie. ? Chodźmy.


Stałem na środku obozowego placu, opierając się o maszt flagi już od ponad dziesięciu minut. Co chwilę wyciągałem ręce z kieszeni i energicznie nimi pocierałem, próbując choć trochę się rozgrzać. Cienki kombinezon, w dodatku bez żadnego cieplejszego ubrania pod spodem, stanowił marną ochronę przed zimnem, który dziś był wyjątkowo dotkliwy. Suche powietrze, wiatr i całkowity brak słońca ? prawdziwa zgroza. Będę miał szczęście, jeśli jutro nie obudzę się z przeziębieniem czy, co gorsza zapaleniem.
Każdy podmuch wiatru nasilał uporczywe szczypanie zadanej mi wczoraj przez Igora rany. Ona, Dawid i przyjaciel Gavina. Do trzech razy sztuka, sku*wielu.
-Już ja cię dorwę? - wyszeptałem mimowolnie rozgoryczonym głosem. Zrobiłem to dość głośno, zwracając na siebie znowuż uwagę mijających mnie agentów. W sumie, to czułem na sobie spojrzenia całego obozu. Patrzyli na mnie to ze skrzywieniem, to z rozbawieniem czy pogardą. Ale najbardziej ze zdziwieniem ? myśleli pewnie coś w stylu ?Czemu jego szczątki nie są jeszcze rozrzucone dookoła przez anomalię??.
Próbując nie myśleć o komentarzach i niemiłym podejściu mieszkańców co do mojej osoby, pomyślałem przez chwilę o Jonathanie Mastertonie.
Słyszałem o nim wcześniej, głównie od Gavina, wiele opowieści i historii, jednak dopiero po spotkaniu w cztery oczy osoba ta mnie naprawdę zaintrygowała. Co oczywiste, największą uwagę zwróciłem na jego rozcięte oko ? prawdziwie paskudny i przeszywający widok. Nawet nie próbowałem sobie wyobrazić bólu, który musiał wtedy czuć. Wolałem zastanowić się nad tym, jak wpłynął on na Mastertona, wreszcie, kiedy okaleczenie to go spotkało.
Tym właśnie zajmę się po opuszczeniu Zony ? będę szukał osób mieszkających w Prypeci i rozmawiał z nimi o Czarnobylu przed wybuchem w 86-tym. Jako, że Zona niewątpliwie będzie istnieć prawdopodobnie do końca świata, informacje o ?rdzennych? jej mieszkańcach mogą być niezwykle użyteczne i cenne. Akta S. ? marzeniem Gavina jest, by stały się one owianą legendą bazą informacji, o której będzie się mówić, że ?znajdzie się w niej wszystko?. Ja dopilnuję zaś, by tak się stało, a pierwszą osobą, o którą zacznę wypytywać będzie właśnie Jonathan.
Między innymi po prostu z czystej ciekawości. Od dziecka miałem chorobliwe chęci jej zaspokajania, tym razem nie będzie inaczej.
Idą.
Prowadził Jonathan, przy jego lewym boku krzątał się Leon i Mikołaj, za których plecami z pomocą Izaaka, Radka i Marka o kulach kuśtykał Lenny z zagipsowaną nogą.
Cała zgraja psycholi, z których największym był Masterton.
-Już? ? zawołałem, gdy ten zbliżył się do mnie na cztery metry. W odpowiedzi kiwnął głową i ruszył dalej, w stronę dużego, jasnego drewnianego domku, w którym od dziś miał rezydować cały ten Dymitr.
Westchnąłem, po czym podążyłem za nim, zachowując metrowy odstęp od ostatniego w ?szyku? Lenny?ego.
Teraz to dopiero byłem ciekaw.


-I jak im idzie?
Sussaro sięgnął pamięcią od ostatniej rozmowy z Grahamem. Odtworzył ją sobie w głowie, pomyślał jeszcze kilka sekund, po czym odpowiedział Gomezowi.
-Byli już pod reaktorem, obeszli miasto? Myślę, że fotografują i nagrywają wszystko dookoła, by sprzedać to tutejszym ?kolekcjonerom?. ? wyrecytował Sussaro. ? Nam, o dziwo, też przydadzą się pieniądze. ? dodał.
-Zapewne.
Idąc dalej, wzdłuż szarej, kamienistej ścieżki, Gomeza znowu naszła ochota na wspomnienia. Na całą Prypeć przed wybuchem, tętniące życiem okolice Czarnobyla i tym podobnym rzeczom, które ludzie pokroju Finna nazwaliby ?sentymentalną bzdurą?. Prawdę powiedziawszy, uważał go za osiłka, nikogo więcej. Graham był już nieco bardziej wrażliwy, zaś najlepszym rozmówcą w tego typu trudnych tematach był sam Sussaro. Przez te wszystkie lata znajomości, urozmaicane tego typu pogawędkami, Gomez i Sussaro prawdę powiedziawszy stali się bliskimi przyjaciółmi, których łączyły nie tylko wspólne cele.
-Nienawidzę takiego wiatru? - syknął doktor, ściskając kaptur kurtki.
-Już prawie jesteśmy.
-Jak promieniowanie?
-Ujdzie?
Gomeza nagle naszło dość zastanawiające i niespodziewane pytanie.
?Kim jest Sussaro??
Człowiekiem??
-No! ? nagły okrzyk zadowolenia obiektu refleksji doktora zupełnie wytrącił go z rytmu. Zmrużył oczy, próbując zamaskować zdezorientowanie, po czym odgarnął kaptur z głowy, odsłaniając go dla przenikliwego wiatru. Rozejrzał się dookoła, próbując w pewnym sensie przywołać każdy szczegół widziany kilkanaście lat temu. Pierwszym, oczywistym wnioskiem był brak ludzi. A co z resztą?
Cóż, brak ludzi miał w gruncie rzeczy bezpośredni wpływ na ową ?resztę?.
Niemal cały asfalt i chodnik dookoła zarośnięty był gęstym, żółtawo-brunatnym, gęstym mchem, gromadzącym na sobie spadłe liście i gałęzie. Mech ów wyglądał niczym spadły na nierównej, zaniedbanej drodze ? ?powlewał? się on w najgłębsze fragmenty szosy, upodabniając niezarośnięte fragmenty do małych wysepek.
Osiadła kilka metrów dalej kałuża aż tak bardzo nie różniła się od ?pola? mchu; różniła się jedynie kolorem, wielkością (miała ponad metr średnicy) i faktem odbijania w swojej brudnej, pełnej zanieczyszczeń tafli szarego nieba i przesłaniających go gałęzi.
Same drzewa nie zmieniły się przez cały ten czas ? wciąż stały dumnie przed budynkiem, patrząc na wszystko z wyższością. Inaczej miały się krzewy i trawa dookoła kompleksu ? zapuszczona, zachwaszczona, nie sprzątnięta z rozwianych rzeczy, w tym gnijących liści.
Budynek zaś?
Budynek stracił wiele ze swojej ?świeżości? i istotnie, wyglądał jak ruina. Jedyną ratującą go rzeczą było kilka okien, które przetrwały próbę czasu.
W oczy najbardziej rzucały się zacieki po deszczu ? wymieszały się z całą masą różnych rzeczy, przyjmując zielonawą barwę, która mocno odznaczała się na wypłowiałej, kremowych kafelkach.
Większość okien była zalana zielonawą mazią i brudna czy też zaparowana od środka, kilka jednak było zadziwiająco czystych, zupełnie, jakby niedawno je umyto.
W porównaniu do stanu przed kilkunastoma laty, prypecki szpital wyglądał dziś wręcz nienaturalnie.
Czyste, przyjemne drogi i okolica stały się niemal lasem, biel kafelków zniknęła, tak samo jak błysk szyb i wyblakłe światło rzucane przez odbijające promienie słońca drzwi wprawiane w ruch przez pacjentów, członków ich rodzin czy pracowników kliniki.
-Nienawidzę tego uczucia. ? jęknął Gomez.
-Nikt go nie lubi. ? uspokoił doktora Sussaro. ? I tak masz dobrze.
-To znaczy?
-Wyobrażasz sobie, co będzie przeżywał Masterton, jak tu przyjdzie?
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 16 Gru 2008, 17:45

Kolejna część po pewnej przerwie.
----------------------------------------
Drzwi otworzyły się szeroko, ukazując dobrze znane wszystkim wnętrze. Dymitr raczej nie miał zamiaru przemeblowywać parteru, prawdopodobnie postąpi tak tylko ze swoim nowym biurem.
Za drzwiami stał Harlan ? wyjrzał przez nie, zbadał wzrokiem cały ganek, po czym dał obecnym znak, by weszli do środka. Pierwszy z miejsca ruszył się Jonathan, który poczuł się wyjątkowo nieswojo, przekraczając próg. Leon zaś niemal jęknął, przypominając sobie dzień pojmania Barry?ego.
-Banda inwalidów? - zażartował Harlan, widząc pokaleczonych agentów. Lenny ze złamaną nogą, Leon z raną brzucha i Mark z obwiązaną ręką, nie wspominając o bliźnie po brzytwie na czole Michała. Grupka stalkerów wyglądała jak zbiorowisko barowych zabijak, które dopiero co ?rozwaliły? kolejny bar.
-To jeszcze nic. ? odparł Masterton, zamykając za sobą drzwi. ? Bez pukania? ? spytał, wskazując kciukiem schody prowadzące na górę.
-Bez.
-Nareszcie?
-Hej! ? zawołał niespodziewanie Michał w stronę Jonathana. Ten, pokonując już pierwszy stopień schodów, zatrzymał się nagle i spojrzał w stronę łowcy przez ramię.
-Ta? ? spytał zirytowany.
-Mam przy tym być.
-Przy czym?
-Jego śmierci.
Jonathan uśmiechnął się pod nosem.
-Dobra? psycholu. ? odpowiedział, ?strzelając? ironicznie okiem. ? Czy to jest zaraźliwe?? ? mruknął, wbiegając po schodach.
Michał prychnął na dźwięk ostatnich słów Mastertona. Odwrócił się powoli przez plecy, po czym spojrzał błagalnie na resztę stalkerów i, jak słyszał, bliskich przyjaciół Jonathana.
-Nie pytaj. ? rzucił rozkazująco Radek. ? My znosimy to przez czterdzieści lat?


Nacisnąłem kryształową (pałacu mu się zachiało?) klamkę jednym, pewnym ruchem i niedbale otwierając drzwi na oścież, wpadłem do środka. Ciekawe, jak?
-Jezu! ? krzyknął zaskoczony Dymitr, podskakując na krześle i łamiąc ołówek, którym wypełniał na biurku pewien dokument. ? poj*bało? ? krzyknął po raz drugi, stukając się w czoło. W komiczny sposób zsunęły mu się okulary ? dyndały bezwładnie, zwisając z wnętrza ucha.
-I to ostro. ? odpowiedziałem, zdając sobie sprawę, że w pewnym sensie zwyczajnie błaznuję. Musiałem jednak odreagować wszystkie godziny spędzone w łóżku i pieluchach, ?wyładować się?, by znów zachowywać się jak na co dzień. Czyli nieprzewidywalnie.
Miałem dobry dzień.
-Jonathan, tak? ? spytał nowy dowódca, temperując urwany koniec ołówka ?korbką?. Nie poprawił nawet okularów, które w końcu spadły na ziemię, niemal się tłukąc. ? A gdzie reszta?
-Zaraz przyjdą, ale ten cały Michał chce dotrzymywać nam kroku każdego dnia i być przy tym, jak w końcu go wykończymy.
-?Go??
-No, Igora.
Dymitr temperował dalej, wbijając swe spojrzenie w kurczący się ołówek. ? A sam nie chce go zabić? ? rzekł po chwili.
-Myślę, że byłby wniebowzięty. ? powiedziałem z dumą w głosie.
-Masz. ? rzekł Dymitr, wyciągając w końcu ołówek z temperówki. Był cienki niczym igła, zapewnie niemal równie ostry. Wcisnął mi go w dłoń. ? Niech załatwi go tym.
-Serio? ? spytałem z niedowierzaniem.
-Nie. Ale przyznaj, że to by było niezłe. ? odparł z uśmiechem, zabierając mi ołówek. Pochylił się nisko nad biurkiem, po czym wrócił do pisania na kartce. Podszedłem bliżej i zerknąłem na papier ? wyglądał mi na regulamin albo instrukcje ? każdy akapit czystej kartki A5 zaczynał się cyfrą, od jednego do, na razie, dziewięciu. Każdy punkt składał się ze średnio trzech zdań.
-Co to?
-Jutro ci powiem? - mruknął Dymitr, kończąc zdanie zapisane przy cyfrze dziesięć. Schował papier do szuflady, zamknął ją na klucz, który schował w lewej kieszeni spodni i spojrzał na mnie, mówiąc:
-Siadaj.
Usłuchałem ? złapałem krzesło stojące w kącie pokoju, ustawiłem je przy biurku, po czym usiadłem wygodnie, zakładając nogę na nogę. Lewą rękę trzymałem w kieszeni, prawą zaś ?stukałem? w czubek kolana. Mój beztroski nastrój wskazywałby na to, że dopiero jutro będę w stanie zrobić coś ?złego? ? dziś miałbym, sam nie wiem czemu, opory by chociażby kogoś uderzyć, a co dopiero zabić.
Durna psychologia?
-Mówiłeś coś? ? spytał Dymitr.
-Kiedy mamy się nim zająć?
-Bo ja wiem? Kiedy chcecie?
-W sobotę?
-Może być.
-A jak mamy to zrobić?
Dymitr zakaszlał głośno, niemal lecąc w tył razem z krzesłem. Typowy kaszel palacza, do którego przyzwyczaił mnie Leon. Wolałbym nie wiedzieć, jak wyglądają ich płuca.
-Jak chcecie ? wysapał dowódca, łapiąc łapczywie oddech. Każdej próbie towarzyszyło głośne uderzenie pięścią w stół. ? Byle by? - urwał po raz drugi, znów kaszląc.
-Skończył w anomalii?
-T? ta! ? sapnął, rzucając się we wszystkie strony. Po trzech sekundach przestał, wziął pięć razy głęboki oddech. Jego zaczerwieniona twarz rozbłysła kilkoma kropelkami potu. Odetchnął z ulgą, przygładził włosy, po czym kiwnął głową.
-Tak, ma skończyć w anomalii. Ale przed Igorem macie się zająć kimś jeszcze. Zawołaj ich.
Kur?
Wstając przeszła mi przez głowę zabawna myśl.
?Nie lubię zabójstw na zlecenie.? Dziwnie to zabrzmiało, biorąc pod uwagę, kim jestem. Tego typu zlecenia wykonywałem chętnie, owszem, ale kilka lat temu. Znudziły mi się, do tego uznałem je za zbyt ryzykowne.
Ale cóż? Są momenty, w których trzeba się przemóc.
-A kogo chodzi? ? zagadnąłem, zbliżając się do drzwi. Uchyliłem je lekko, wyjrzałem przez nie, po czym dałem znać reszcie, by weszła na górę. Najszybszy, co wcale mnie nie dziwiło, był Michał, który dosłownie wyrwał się z tłumu i jak dziki pomknął w moją stronę.
-Graham Kellerman. ? rzekł Dymitr sekundę przed uniknięciem przeze mnie zderzenia z pędzącym Michałem, który wleciał do biura jeszcze gwałtowniej ode mnie. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, głos zabrał Dymitr.
-Tak, będziesz mógł go zabić, ale najpierw zajmiemy się kim innym, dobra?
Byłem bliski parsknięcia śmiechem, widząc ulatniający się entuzjazm Michała. Po dwóch sekundach upokorzenia w końcu kiwnął nieznacząco głową, po czym oparł się o ścianę, czekając na innych, zwłaszcza wleczącego się Lenny?ego.
Kiedy w końcu dokuśtykał do pokoju i wraz z resztą usadowili się na miejscach, Dymitr zaczął wprowadzać nas w szczegóły.
Zakręcił się dość mocno na krześle, obracając się dookoła co najmniej dwa razy.
-Graham Kellerman? - mruknął, wciąż się kręcąc. Zahamował prawą nogą o stolik, po czym kontynuował. ? Graham był w Mryńsku przez kilkanaście godzin, ledwie kilka godzin po wybuchu. Z pewną osobą, której nie znamy?
-A jego skąd znacie? ? zapytał Radek.
-Stalker ? mało, prawie w ogóle nieznany, ale na tyle jednak, że wojskowi dali radę go ?spisać?. W Mryńsku zrobiliśmy mu zdjęcie i? Nie spodziewałbym się tego po nim. Wiadomo o nim, że w życiu zdobył jedynie dwa artefakty i to, że całkowicie stroni od ?życia publicznego?, w sumie to widzieliśmy go tylko raz, w ?tej? Zonie. Rok temu był w Rostoku przez tydzień, potem się nie pokazywał. Do wczoraj, kiedy wraz z jakimś gościem zestrzelili nam śmigłowiec?
-Zwolnij. ? rzuciłem nagle. ? Kiedy, jak, gdzie?
-Trzecia grupa badaczy, znaczy się, rządowa, która miała zbadać elektrownię została zestrzelona nad wieżą kościelną wczoraj w nocy. Więc, choćby z zemsty, macie go zabić. A najlepiej by było, gdybyście go złapali.
-Gdzie szukać? ? spytałem.
-W Prypeci rzecz jasna.
I tak oto prysnął cały mój dobry nastrój. Czyli jego mogłem już mieć z głowy.
Szybkim krokiem, ku zdziwieniu mych przyjaciół, Dymitra i Michała, wyszedłem z pokoju i zbiegłem po schodach. Sięgając dłonią do klamki drzwi wyjściowych z chatki usłyszałem kilka dudniących kroków za mną. Obstawiałem, że pobiegł za mną Radek, Leon i Mikołaj. Izaak był na to za ciężki.
Nie zwróciłem uwagi na lodowaty powiew wiatru, który niemal wbił mnie w ziemię swym chłodem, kiedy wyszedłem na plac. Schowałem prawą rękę w kieszeń i udałem się do ?nory? Igora. Nie było sensu tego dłużej odkładać ? sobotę spędzę przed telewizorem.


Był bliski popadnięcia w autentyczny obłęd.
Czuł się zagrożony ? pierwszy raz od ponad dwudziestu lat. Nigdy nie wyobrażał sobie takiej sytuacji ? takiej, w której w końcu ktoś będzie chciał się do niego dobrać.
Zastanawiał się, gdzie popełnił błąd, przez co lub przez kogo został ujawniony. Wszystkie okropieństwa, których się dopuszczał?
Nie zdziwiłby się, gdyby armia zjednoczonych stalkerów z całej Zony zaszarżowała na obóz rządu, gotów zrobić wszystko, byleby go zlinczować.
Igor od trzech godzin siedział na kozetce w bezruchu, próbując poukładać sobie w głowie wszystkie myśli, uspokoić się, chociaż trochę. Wszystko na nic.
-Ile mu dajesz?
-Bo ja wiem? trzy dni?
-Eee! Ja góra półtora. Pewnie zakradną się do niego w nocy i?
-A co z wywiezieniem?
-Rozpuszczą go.
-Wątpię. Ja na ich miejscu rozłożyłbym folię i go pokroił, a potem wyrzucał kawałek po kawałku, żeby nawet zęba nie znaleźli.
-Ząb?! Nie zdziwię się, jak któryś z nich zawiesi go sobie u szyi!
-Mimo to uważam, że nie będzie im się chciało go kroić. Obstawiam, że poproszą go o upolowanie mutanta i?
-?w tył głowy.
-Może. Ale gdyby Jonathan miał odpał, pochlastałby go tym swoim nożykiem.
-Nie musi chlastać. Jedno precyzyjne cięcie i?
I tak od dwóch godzin.
Armia halucynacji i omamów otoczyła Igora i nieustannie się nad nim znęcała, podsuwając wizje i wyobrażenia jego rychłej śmierci. Był prawdziwie zszokowany ? do tej pory nie zdążył się nawet przyzwyczaić czegoś bać, teraz zaś ?kazano mu? przygotowywać się do zejścia z tego świata w niezbyt miły sposób.
Może lepiej samemu się wykończyć? Oszczędzić cierpień? Igor i tak nie wierzył w Boga, więc nie przejmował się prawdą wiary, jako by samobójca miał trafić do piekła.
Otruć się czy zastrzelić? Raczej to drugie. Szybsze i mniej męczące.
Poza tym, pod ręką Igor miał jedynie pankuronium, a śmierć poprzez uduszenie po wcześniejszym paskudnym zwiotczeniu mięśni nie należała do przyjemnych. Dobrze to wiedział, bo już niejednokrotnie używał pavulonu, jak brzmiała ?handlowa? nazwa owego specyfiku.
Pistolet Igora, Glock 20, leżał na biurku, metr od szpitalnej, skórzanej kozetki. Pięć sekund i było by po wszystkim. Chociażby mieliby wywiesić jego ciało ku przestrodze, jemu by to nie przeszkadzało. Nie czułby już kompletnie niczego.
Cóż, trudno.
Mimo męczącej go niechęci, Igor jednym pewnym ruchem zsunął się z oparcia i wyprostował, po czym wykonał pierwszy krok w stronę pistoletu. Zatrzymał się chwilowo, by na niego spojrzeć. Tak, to będzie najlepsze wyjście. Szybko i bezboleśnie.
Nagle w głowie Igora odezwała się kolejna myśl.
-Trzy dni? Półtora? W życiu. Ja daję mu trzy minuty.
Stanął jak wryty, słysząc kroki. Szybkie, pewne i ciężkie, przypominały raczej bieg. Co oczywiste i dla Igora niestety nieszczęśliwe, kroki zbliżały się w stronę jego pomieszczenia.
-Idą po mnie? - odezwał się po raz pierwszy od trzech godzin Igor.
Drzwi.
Przez całe te zamieszanie zapomniał nawet o tym, żeby zamknąć blaszane drzwi, wchodząc do środka. Niczym porażony prądem rzucił się w ich stronę, te jednak zdążyły już pomknąć do przodu, prawdopodobnie uderzone barkiem. Igor uniknął zderzenia z kawałkiem zardzewiałej blachy, nie zdążył jednak uchylić się przez żelaznym uściskiem dłoni, która chwyciła go za szyję.
-Master?! ? sapnął, wierzgając się we wszystkie strony. Udało mu się raz kopnąć Jonathana w lewą nogę, pozbawiając go tym samym równowagi, jednak na zaledwie pół sekundy, której oprawca praktycznie nie odczuł. Parł wciąż naprzód, z długo wyciągniętą przed siebie lewą ręką, którą dusił Igora. Miał zamiar zdążyć, zanim przybiegnie za nim Radek, który pewnie by go zatrzymał.
-Skurwiel! ? wydyszał Igor, zderzając się ze ścianą. ? Wiedziałem, że to będziesz? - urwał w wyniku ciosu zadanego przez Jonathana. Uderzył go z główki prosto w czoło, niemal pozbawiając go przytomności. W tym czasie Masterton zwolnił lekko uścisk by przesunąć kastet z ostrzem ? wąską klingą do przodu. Widząc odzyskującego świadomość Igora, Jonathan ?doprawił? go dodatkowym kopnięciem w brzuch. Skulił się odruchowo, łapiąc się za bolące mięśnie. Jonathan złapał jęczącego Igora za włosy, wyprostował go do pionu, po czym zamachnął się lewą dłonią. Ściągnął ją w dół, po czym pchnął w stronę brody agenta, trafiając go ostrzem za podbródek, odchylając tym samym głowę nienaturalnie w tył.
Jonathan niemal się zawahał, słysząc przeraźliwy krzyk i krew powoli wyciekającą z pod brody. Musiał jednak ?kontynuować?. Rzadko używał tego artefaktu, teraz zaś miał do tego idealną okazję.
Z pomocą ?Sprężyny? i niewątpliwie silnej lewej ręki, Masterton zdołał unieść ją wysoko w górę. Razem z wciąż nabitym na ostrze Igorem, który słabł z sekundy na sekundę, nie mogąc pewnie uwierzyć w to, co się właśnie dzieje.
?Wisiał?, przybity do ściany, ponad pół metra nad Mastertonem, nie mogąc nic zrobić.
Nie mogąc wydusić słowa, jęknął jedynie ze zdziwienia widząc niespodziewany grymas na twarzy Jonathana. Próbował poruszyć prawą ręką, co sprawiało mu widoczne trudności. Do tej pory bezwładnie zwisająca, zdołała unieść się na wysokość pasa, przesunąć w stronę pleców i w końcu wyciągnąć pistolet.
?Goły? Colt należący do Radka, jeden z dwóch posiadanych przez niego modeli M1911A1. Ten był bardziej ?klasyczny? ? nie modyfikowano w nim niczego (nie licząc kilku wymienionych części), miał typowy, matowy, ciemnosrebrny kolor i okładzinę z ciemnego drewna, prawdopodobnie dębu.
Jonathana zaczęły opuszczać siły ? trzęsący się Igor, teraz już cały we krwi opadł kilka centymetrów w dół, poważnie przeciążając dłoń Jonathana. Problem stanowiła teraz jednak prawa, w której obecnie dzierżył pistolet.
W nagłym przypływie siły i adrenaliny Masterton poderwał broń do góry i przyłożył ją do klatki piersiowej Igora, celując w serce. Wcisnął się, niemal wgryzł lufą w żebro Igora.
Samemu czując wielki ból ? mięśni, głowy i przede wszystkim ścięgien, zdołał jakimś cudem pociągnąć za spust. Ciało Igora, teraz już bezwładne, podobnie jak grube mury i metry ziemi skutecznie zdusiły odgłos wystrzału.
Obie ręce Jonathana opadły bezwładnie z sił, wypuszczając tym samym ciało, które załomotało o kamienną podłogę, lądując na brzuchu.
Wypuszczony z bezwładnej dłoni Mastertona Colt wylądował obok prawej dłoni zwłok Igora. Palce wyglądały, jakby próbowały coś chwycić ? pozostały w panicznym rozwarciu.
Masterton uśmiechnął się lekko, widząc tą dość nietypową scenę. Zaraz potem krzyknął znowuż, czując napływ bólu w prawej ręce.
Czuł się, jakby po tygodniu poruszono mu w niej ogromny skrzep krwi, który zaczął krążyć po żyłach.

Za ten post Valentino otrzymał następujące punkty reputacji:
Positive sou.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 06 Lut 2009, 22:13

-Szybciej! – ponaglił Radek, zeskakując z pięciu stopni na raz. Chwilę później zrobił to pędzący Mikołaj, który z trudem zachował równowagę po lądowaniu; upadłby, gdyby nie zderzył się z kamienną ścianą. Wyprostował się i miał zamiar już biec dalej, stanął jednak w miejscu, słysząc pewien odgłos.
Z końca betonowego korytarza rozległ się suchy trzask, jakby grubej, suchej gałęzi. Był jednak zbyt donośny i, choć wytłumiony między innymi przez ściany, łatwy do rozpoznania.
Mikołaj chwycił wciąż biegnącego przed siebie Radka za ramię i pociągnął go do tyłu. Widząc jego oburzone spojrzenie, rzekł:
-Już po nim.
-Jak…?
-Nie słyszałeś? Załatwił go.
-Kurwa… - jęknął Radek, wyraźnie mniej podekscytowanym tonem. – I co teraz?
-Na początek… zamknij drzwi.
-Jestem ciekaw… - zaczął stalker, podchodząc do blaszanej klapy. – Co mu zrobił. – dokończył, chwytając obie klapy, po czym pociągnął je do siebie i zamknął, robiąc przy tym spory hałas. Mikołaj aż zgrzytnął zębami, słysząc metaliczny huk.
-Już?! – zapytał zniecierpliwiony.
-Ta… - mruknął Radek, blokując uchwyty blachy, spinając je łańcuchem. – Już…
-Myślicie, że ma ta jakiś kwas, albo coś w tym stylu? – odezwał się milczący do tej pory Leon, który stał od pozostałej dwójki o ponad dwa metry, nerwowo wpatrując się w głąb korytarza.
-To nie Jefferson. – rzekł Mikołaj, robiąc pierwszy krok naprzód. Chwilę później ruszył za nim Radek.
-To znaczy? – zapytał po kilku sekundach milczenia, podczas których trójka agentów pokonała ledwie trzy metry. Szli bardzo wolno i spokojnie.
-Do jutra, no, może góra za dwa dni, Dymitr ogłosi wszystkim, że mieliśmy załatwić Igora, a wszystkich, którym się to nie podoba, spotka zapewne to samo…
-W sumie… - zamyślił się Radek. – Przydałoby się zrobić tu nieco porządku.
-Z wojskiem będzie mu trudniej. – zauważył Leon, idący powoli bokiem wzdłuż ściany. – Jak ty sądzisz, Ra…
-Nie zaczynaj! – krzyknął nagle Radek, mierząc Leona zabójczym spojrzeniem. Ręka odruchowo wylądowała mu na rękojeści Colta.
-Pytam poważnie… - kontynuował wciąż spokojny Leon. – Byłeś z nimi, widziałeś co potrafią, więc…
-Nigdy… - wysypał Radek, łapiąc Leona za kark i przystawiwszy go do ściany, boleśnie trafiając jego nosem w mur. – Nie mów nikomu o tamtym dniu, rozumiesz?! – tym razem już krzycząc, wyjął pistolet z kabury. Widząc jego wściekły wyraz twarzy Mikołaj aż zdziwił się, że lufa M1911A1 nie wylądowała na potylicy Leona.
-Niby czemu? – spytał Leon, wciąż w miarę spokojny, choć już lekko przestraszony, z niepewnie brzmiącym głosem.
-Jest mi wstyd, po prostu wstyd, rozumiesz?
-Wstyd za co?
-Nie udawaj, że nie…
-Jasne, że wiem! Trzech stalkerów i możliwość załatwienia reszty, ale coś ty im…
-Zaraz zrobię to, ku*wa tobie! – wykrzyczał Radek, tym razem wyjmując pistolet z kabury i dociskając jego lufę tak mocno do głowy Leona, że tej jęknął z bólu. – A raczej by ci się to nie spodobało.
-Daj mu spokój… - szepnął ktoś zrezygnowanie z zacienionej części podziemi, idąc powoli w stronę trójki agentów.
Z cienia wyłoniła się zmęczona i spocona twarz Jonathana, dwa kroki później odsłonił on swój garnitur – widniała na nim spora plama jasnej krwi; ciemna, która niemalże już skrzepła, pokrywała jedynie biały kołnierzyk koszuli, którą Masterton niósł pod marynarką.
Jej prawy rękaw zwisał bezwładnie – był pusty, prawa ręka Jonathana oparta była o zwisający z szyi pas. W lewej dłoni, najobficiej pokrytej krwią, Masterton jak zwykle trzymał swój kastet zakończony ostrzem. O dziwo klinga była całkowicie czysta, wypolerowana „na połysk”; lśniła metaliczno niczym firmowa, nowo kupiona zapalniczka.
Masterton miał wiele dziwnych zachowań, ale do ścisłej czołówki zaliczało się polerowane owego ostrza tuż po jego „użyciu”. Zrobił tak nawet w przypadku…
-Słuchaj. – powiedział Radek stanowczo w stronę świeżego mordercy Igora. – Jeśli on… - w tej chwili wskazał kiwnięciem głowy Leona. – Jeszcze raz wspomni o…
-Wybiciu tamtego obozu? – domyślił się Jonathan. Widząc zdziwione spojrzenie kolegi, uśmiechnął się lekko pod nosem. – Lepiej o tym zapomnieć.
-Raz na zawsze. – szepnął Mikołaj.
-Smuci mnie to. – mruknął po nosem Jonathan, prostując się.
-„To” czyli…? – dociekł Leon.
-Pamiętacie te wszystkie nasze „przysięgi przyjaźni”, jeszcze z Prypeci?
W ciemnym korytarzu zapadła głucha cisza. Każdy na swój sposób zaczął rozmyślać o dzieciństwie, konkretnie zaś o przypomnianej przez Mastertona rzeczy – „przysięgach”. Mikołaj, mimo swego przekonania o własnej dorosłości i prób nie myślenia o przeszłości z chęcią zaczął rozmyślać o tamtych czasach i dniach, w których poznawał swych pierwszych przyjaciół. Radek, pierwszy raz od ponad trzech tygodni wrócił myślami do swej młodości, dokładnej zaś, do pierwszego w życiu pobytu w szpitalu; tego, podczas którego „oficjalnie” uznał za swego najlepszego przyjaciela Leona. Ten z kolei nie myślał o niczym konkretnym – zaczął sobie jedynie wyobrażać siebie w wciąż „żywej” Prypeci, leżącego na kamiennych schodach w centrum, wpatrującego się w niebo. Już wtedy go to uspokajało, teraz również był to jeden z jego lepszych sposobów na wszelkie przejawy złości. Zaraz po papierosach i alkoholu, których niestety od dłuższego czasu nadużywał, co gorsza, zaczął odczuwać tego skutki.
Masterton zaś, jak zwykle, nie mógł się skupić na jednej, konkretnej rzeczy. Z jednej strony myślał o Kamilu, z drugiej wciąż przeszkadzały mu w tym wspomnienia związane z Adrianem i pobytem w szpitalu po bolesnym ranieniu oka. W cały ten i tak już poważny „konflikt” mieszał się ojciec Jonathana, Ullises – zarówno te dobre jak i złe, tych pierwszych jednak, na szczęście, było znacznie więcej.
O dziwo, po tak wielu zmianach w swoim życiu i niewątpliwego częściowego wyprania z emocji, Jonathan pozostał optymistą.
-Więc… - kontynuował, mimo tego, że nie doczekał się odpowiedzi. – Robi mi się przykro z powodu tego, co dziś robimy…
-Mogło być gorzej. – uspokoił się Radek.
-Jasne. Zawsze mogliśmy się pozabijać nawzajem za byle co, ale to… smutne.
-To przepadło. – Radek schował w końcu pistolet do kabury, po czym podszedł do Mikołaja, wciąż kierując jednak słowa do Jonathana. – Jedyne, co zostało z tamtych czasów to to, że wciąż jakoś trzymamy się razem, a to już naprawdę wiele.
-Szkoda, że nie wszyscy… - szepnął Masterton, mając na myśli Kamila. Mimo wszystko, dziś nie miał odpowiedniego nastroju na to, by wyłuskać wszystkie pozytywne związane z nim wspomnienia. Nie mógł odpędzić od siebie wydarzeń z końcówki kwietnia 1986 roku. Po prostu nie mógł. Zmienił temat.
Radek i jego współpraca z wojskiem.
Powód, dla którego mające kilkanaście lat więzi mogły w ciągu kilku sekund całkowicie stracić ważność. Był to chyba najbardziej drażliwy dla Radka temat; wątek, który dołował go bardziej niż Jonathana dołował brak Kamila. By uwolnić się od tych drugich i tym samym potwierdzić pewne słowa zasłyszane niegdyś w prypeckim szpitalu („Zawsze łatwiej jest mówić nie o swoim, ale cudzym nieszczęściu.”), Masterton myślami cofnął się do ubiegłorocznej gwiazdki.
Dnia, w którym stalkerzy tak naprawdę zaczęli prawdziwie nienawidzić stacjonujących w Zonie przedstawicielu rządu. Fakt, nigdy się nie lubili, ale była to raczej niechęć, drobne uprzedzenie, tłumaczone najczęściej konfliktem interesów.
Jednak od tamtego dnia, stalkerzy wypowiedzieli wojsku otwartą wojnę.
Biorąc pod uwagę okoliczności, mieli do tego całkowite prawo.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez solarze w 07 Lut 2009, 18:09

zabiło mnie te opowiadanie niektóre książki przy nim wymiękają .
Jest super długie i ciekawe (238 s formatu A5)
Przepraszam za błędy w pisowni
Awatar użytkownika
solarze
Stalker

Posty: 65
Dołączenie: 03 Lut 2009, 17:22
Ostatnio był: 10 Sie 2009, 23:40
Frakcja: Samotnicy
Ulubiona broń: Sniper Rifle SVDm2
Kozaki: 0

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez The Witcher w 07 Lut 2009, 19:49

Świetne opowiadanie, oby tak dalej kubuś puchatek przy nim wymięka xDDD.
The Witcher
Legenda

Posty: 1176
Dołączenie: 31 Lip 2008, 09:03
Ostatnio był: 11 Gru 2025, 13:48
Ulubiona broń: --
Kozaki: 329

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 19 Lut 2009, 00:17

34



Rok 2000.


Zjadł zdecydowanie za dużo.
Karp, kilkanaście pierogów, ogromny zraz – wszystko to popite wielką, wręcz przyprawiającą o mdłości ilością czerwonego barszczu. Zawsze objadał się niczym dziki wieprz, ale nigdy nie jadł tak dużo jak w Boże Narodzenie. Ilość potraw, samo wyczekiwanie na sposobność spożycia ich w tą niezwykłą okoliczność, jaką były święta, zwiększały nienasycony apetyt Grahama. Zwykle, tak jak teraz, odkupywał to godzinami spędzonymi w toalecie, nie były one jednak widocznie na tyle złe, by zapobiec przyszłorocznemu obżarstwu. Tym razem dopadła go dość silna niestrawność i jeszcze silniejszy ból brzucha; był on jednak do wytrzymania.
Kiedy skończy, wróci na swoje miejsce przy wigilijnym stole i pełnienia grzechu obżarstwa. Ku zdumieniu wszystkich jego znajomych, Graham nie był gruby, wręcz przeciwnie – był doskonałej kondycji fizycznej, silny, wysportowany i dobrze zbudowany. Zawdzięczał to nie tyle ćwiczeniom, co wyjątkowo dobrej przemianie materii – już od dziecka pamiętał, jak pomagała ona mu zachować odpowiednią wagę.
-Święta w Zonie… - mruknął z lekkim niedowierzaniem, wyjrzawszy przez okno.
Chyba najbardziej przydatne wykorzystanie dawnej zabudowy, jakie Graham w życiu widział.
Do czterech chat wioski niedaleko Prypeci ponad tydzień temu wniesiono stoły, krzesła, sprzęt grający oraz dekoracje, które jeszcze do wczoraj leżały w pudłach, dziś zaś spoczęły na lampach, oknach i drzwiach drewnianych budynków.
Dwa dni temu umieszczono w każdej z nich przenośny grzejnik, który juz uruchomiono ubiegłej nocy tak, by zdążyć „nagrzać” każdą chatę; na zewnątrz było wyjątkowo zimno i nieprzyjemnie, a prognoza z dnia na dzień się pogarszała. W miarę możliwości polokowano i pouszczelniano okna każdej ocieplanej chaty tak, by zachować w środku gorące powietrze. Co do drzwi, o dziwo, były one sprawne w każdej z chat, co było „zasługą” mieszkających tu ponad rok temu handlarzy, którzy w pewnym stopniu wyremontowali okoliczne pomieszczenia i urządzili sobie tu coś w rodzaju targu. Po paru miesiącach jego niezwykle owocnego funkcjonowania handlarze postanowili jednak przenieść się bliżej Zony i jej niebezpieczniejszych, bardziej znanych terenów; nie każdy miał ochotę na kilku kilometrowy spacer nieznanymi ścieżkami, często naszpikowanymi anomaliami. Fakt miało to swoją zaletę; do Targu zjeżdżała się sama elita, która wydawała u kupców prawdziwy majątek, mimo to handlowcy postawili na powszechność i łatwy dostęp swoich usług.
Wynieśli cały sprzęt, wymontowali nawet okna, ale drzwi zostawili, ułatwiając tym samym w znacznym stopniu zadanie stalkerom, którzy podjęli się zorganizowania wigilii.
Na pierwszy rzut oka wydawało się to niemożliwe – wystarczyło wypowiedzieć sobie w duszy słowo „Zona”, pomyśleć o wszystkich Jej „urokach” i tym, z czym najczęściej się kojarzy, by się zniechęcić. Jednak nawet w Zonie było kilku ludzi dobrych woli; nie tyle mądrych, do odważnych, by choć zaprezentować innym pomysł urządzenia wigilii w takim miejscu jak Strefa. Po oczywistym zdziwieniu i niewątpliwie ironicznym parsknięciu śmiechem stalkerzy zastanowili się jednak głębiej nad tą kwestią – była niezwykle kusząca, mogła w pewnym stopniu pomóc mieszkańcom Zony i…
-Nie… - syknął Graham, zaciskając pięść ze złości. Nienawidził, kiedy jego rozmyślania szły w złą stronę i traciły swój początkowy rytm. – Inaczej…
Wigilia była po prostu dobra.
Tak, użycie tak prostego i wręcz prymitywnego słowa jak „dobra” nieco zdziwiło Grahama, ale uznał on to za lepsze niż wielominutowe wymienianie różnorakich epitetów. Ta „obiektywna” strona pojęcia „dobre” (dla niektórych, przykładowo, oznacza to, że będzie miał okazję kogoś zabić) zawierała w sobie wszystkie pozytywy związane z wigilią; choć nikłe, to zawsze – poczucie wspólnoty większe niż to odczuwane podczas wypadu, rozmowy w barze czy…
Po prostu niepowtarzalne.
Te święta były po prostu potrzebne, a w szczególności w Zonie; mimo wszystkich dziejących się w niej okropieństw, a może właśnie dlatego – by dać żyjącym w niej ludziom choć trochę normalności. Potem? Niech robią co chcą; wrócą do tego, czym się na co dzień zajmują – wypraw, morderstw czy polowań.
Ale ten jeden dzień Zona miała być nie do poznania – widząc ją w święta ludzie mieli sobie zadawać pytanie „I to ta niesławna Strefa?”, mieli uznać nazywanie skażonego Czarnobyla piekłem za niedorzeczne.
Przez społeczność stalkerów przewijało się setki różnorakich pomysłów, w których nie brakowało dobrego zamysłu i szczytnych intencji. Ale tym razem w parze razem z intencjami miało iść wcielenie w życie i dotrzymanie obietnic „złożonych” w teorii.
Miał to być spokojny, zwyczajny dzień, tak bardzo różniący się od każdego innego – tych, które wypracowały opinię Zonie i stalkerom.
-No i się udało… - mruknął Graham, znowu patrząc przez okno (jedno z dwóch w całej „wiosce”) na, uwaga, bogato przyozdobioną choinkę. Niezwykły, za to bardzo krzepiący widok.


-Nie uważasz, że to lekka przesada? – spytał Marek, obserwując gotujący się barszcz. Bulgotał, aż miło, wypełniając pokój swym aromatem – mimo tradycyjnego przepisu dominował w nim uwielbiony przez Marka czosnek. Nie mógł się doczekać, by go spróbować, mimo, że musiał poczekać jeszcze ledwie dwie minuty, wydawało się to dla niego za dużo.
„Głodny jestem!” – pomyślał błagalnie.
-Może trochę… - odpowiedział siedzący przy kuchennym stoliku Daniel. Od godziny rozmawiał z Markiem, podczas gdy ten szykował barszcz, teraz zaś zeszli na temat „zakupów”. Otóż Daniel od ponad dwóch tygodni przymierzał się do zakupu nowej broni – odkąd w wyniku spotkania z pewnym stalkerem, prawdopodobnie pracującym dla wojska, stracił swój karabin, nie mógł nawet zapolować na obłażącego ze skóry psa. Przesiadywanie w bazie, barze czy jakimkolwiek innym obozowisku nie tyle go dołowało, co zwyczajnie irytowało – od zawsze rozpierała go energia, a polowanie na mutanty… było najlepszym sposobem na rozładowanie się.
-Znam jednego gościa… Adama. – Marek powąchał barszczu. Był prawie gotowy.
-I co z nim? – spytał Daniel.
-Załatwi ci tego samego Remingtona za osiemdziesiąt procent tego, za ile chce ci sprzedać ten twój znajomy.
-Ale nówkę?
-Oczywiście, że tak. On sprzedaje same nówki, chyba że chcesz jakiś kolekcjonerski egzemplarz.
-Kolega poszukuje rządowego Colta.
-Jedenastkę? – domyślił się Marek, skręcając gaz w kuchence.
-Ta, jeden z pięciuset egzemplarzy na cały świat, Sing coś-tam… Mam to gdzieś zapisane, jutro ci powiem konkretnie i pogadasz z tym Adamem.
-W porządku…
-Słyszałem, ba, widziałem kiedyś ten model. Chyba nawet ma go jakiś stalker…
-Gdybyś mi go załatwił, byłbym bardzo wdzięczny. – zapewnił Daniel. – I jak? – spytał po paru sekundach milczenia.
-Chwila… - Marek chwycił w prawą dłoń dużą łyżkę, zanurzył ją w zupie, po czym spróbował sto… sto… sto dwudziestego trzeciego barszczu zrobionego w swoim trzydziestoletnim życiu. Raz, dwa, trzy – miła liczba.
-Jak zwykle… - mruknął z zadowoleniem. – Idealny. Idź do… Kur…! – Marek urwał nagle, łapiąc się za brzuch. Po dwóch sekundach koszmarnego bólu nastąpiła niespodziewana chęć na…
-Co ci? – zaniepokoił się Daniel, widząc chwiejącego się Marka.
-Muszę… do kibla! – wysapał Marek, biegnąc w kierunku drzwi.
-Zajęty!
-Co?! – stalker zdążył otworzyć już drzwi. Stanął we framudze, gorączkowo łypiąc oczyma. – Przez kogo?
-Graham…
-Kurwa! – Marek wypadł z chaty tak gwałtownie i szybko, że stłukł szybkę w drzwiach wejściowych. Już w przedpokoju poczuł chłód, na zewnątrz jednak był on tak nieprzyjemny, że stalker miał chęć zawrócić do środka. Robić w krzaki w jakimś w lesie przez tego zasranego debila-obżartucha! To się nazywa upokorzenie…
Wciąż trzymając się za brzuch, ominął przerobioną na kuchnię chatę dookoła i skierował się w stronę najbliższego, większego skupiska drzew, którego nie oświetlały nawet lampki wielkiej choinki. Mimo wszystkich niedogodności wsłuchiwał się w przyjemny dla jego ucha suchy dźwięk gniecionego śniegu.
Biegnąc obok niej, kołysząc nerwowo głową i zmagając się z setkami jaskrawych światełek poczuł się jak w pędzącym pociągu w słoneczny dzień – choć zdarzyło mu się to ostatnio dopiero kilka lat temu, poczuł, że zaraz dopadnie go atak padaczki. Zamknął oczy i pobiegł kilka metrów na oślep, lewą, wolną ręką osłaniając się przed ewentualnymi gałęziami. Po czterech sekundach przestał odczuwać mdłości, oddaliły się one wraz ze światełkami choinki oraz ozdób, podobnie jak widmo ataku epilepsji. Brakowało mu tylko papieru do pełni szczęścia w tym nieszczęściu.
W końcu.
Zacieniony, wolny od czyjegokolwiek wzroku zakątek.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 10 Mar 2009, 11:22

Otworzyłem powoli drzwi i wszedłem do przedpokoju. Poczułem zapach świeżego barszczu i kilku innych potraw – ciekaw byłem, czy Marek zdążył już którejś z nich spróbować. Poczułem nieprzyjemny ścisk w żołądku.
„To śmiecie.”
Po czterech krokach dotarłem do otwartych drzwi prowadzących do kuchni. Tutaj czosnkowo-ziołowy aromat osiągnął już apogeum, poczułem się jak w ekskluzywnej restauracji podającej tradycyjne potrawy. Znowu ten ścisk…
„…gnoje!”
W kuchni, przy okrytym ceratą stoliku siedział młody mężczyzna, wyraźnie zaniepokojony. Nie wyglądało na to, aby miał przy sobie jakąkolwiek broń – nie widziałem żadnej wypukłości ni w okolicy pasa czy klatki piersiowej. Jeśli w ogóle miał jakiś pistolet, to trzymał go najpewniej za plecami, wepchnięty w spodnie.
-Gdzie Marek? – spytałem go.
Mężczyzna spojrzał się w moją stronę nieco zaskoczony, jakby dopiero zauważył moją obecność. Obadał mnie spojrzeniem, po czym odpowiedział.
-Wybiegł za potrzebą. Masz do niego jakąś sprawę? – zaciekawił się po chwili.
Nie mogłem się powstrzymać od ironicznego uśmieszku, który szybko jednak zniknął z mojej twarzy, zmyty przez kolejną wątpliwość, po której zaś z kolei znowu w mej głowie rozbrzmiało propagandowe hasełko.
„sku*wysyny!”
Nigdy w życiu nie czułem się tak niepewnie. Ale byłem już za daleko, żeby się wycofać.
-Martwi nie mówią… - mruknąłem, wyciągając pistolet z kabury, po czym wymierzyłem go w młodego stalkera. Singer mfg Co., jeden z pięciuset egzemplarzy na świecie, wart ponad trzydzieści tysięcy dolarów, nigdy nie miałem zaś ochoty przeliczać tego na ruble czy hrywny. Moje samouwielbienie miało pewne granice.
Przebłysk sceny z wczorajszego prania mózgu wywołał u mnie mimowolny skurcz mięśni, przez co kula Colta zamiast trafić stalkera w głowę wwierciła się w jego szyję.
Okropieństwa tego widoku nie dało się opisać słowami, toteż nie próbowałem. Zamiast tego skupiłem się i wycelowałem jeszcze raz, tym razem prosto w czoło.
Stalker umilkł zanim łuska zdążyła drugi raz odbić się od podłogi. Zakrwawiona ręka zsunęła się z szyi i opadła bezwładnie, chlapiąc wszystko dookoła krwią. Niepotrzebny bajzel.
I na co to wszystko?
Przełożyłem pistolet do lewej ręki, prawą zaś złapałem za nogę trupa, po czym ściągnąłem go z krzesła i powlokłem do przeciwległego pokoju, w którym panowała kompletna ciemność. Pod oknami postawiono kilka wysokich szaf, pomiędzy którymi wepchano szmaty i różne tkaniny, chcąc ocieplić budynek, jak widać, skutecznie. Mimo uszczelnienia słyszałem przez cienkie deski, co działo się na zewnątrz, a raczej, co działo się w pozostałych trzech chatach. Głośne rozmowy wymieszane ze śpiewami i odgłosami rodem z baru – dźwięki sztućców, talerzy i szklanek. Zabawa trwała w najlepsze, póki co.
Znowu poczułem wstyd, że brałem w tym udział. Jak oni będą na mnie po tym patrzeć? Jak na typowego rzeźnika, który za pieniądze zrobi wszystko. Cała nasza przyjaźń pójdzie się zwyczajnie je*ać, bo…
Poczułem wibrujący w górnej kieszeni kurtki telefon. Zaciągnąłem zwłoki w kąt, przymknąłem drzwi, po czym wytargałem aparat z dna i odebrałem, nie patrząc nawet na to, kto dzwoni.
Gdybym wiedział, prawdopodobnie cisnąłbym nim w kąt.
-Radek?! – krzyknął do słuchawki Masterton. – Gdzie ty ku*w…
-Nie teraz! – rozkazałem stanowczo.
-Gdzie jesteś?
-Nieważne…
-Więc jednak.
Wiedziałem, że się domyśli. pierdo*ony wróżbita.
-Jednak co? – udałem, mizernie tłumiąc w mym głosie wyraźnie słyszalny strach.
-Nie bój się. Choć nawet ja nie robię takich rzeczy, to wraz z resztą wybaczymy ci ten jeden raz.
-Wybaczyć co?! – wrzasnąłem, uderzywszy czubkiem tłumika pistoletu w ścianę, omal nie robiąc dziury w starej desce.
-To, że dałeś się na to namówić. – rzekł Jonathan, kończąc rozmowę.
Stałem przez chwilę wpatrzony w wyświetlacz telefonu – tapetę, którą stanowiło zdjęcie kontrabasu, stan baterii i godzinę – 21:42. Zerknąłem w najciemniejszy kąt pokoju, w którym leżało ciało zabitego przeze mnie stalkera – nie było go widać, jak się zresztą spodziewałem. Poza tym… jeszcze trzy minuty i już nie będę się musiał niczym przejmować. Ponoć Masterton i reszta mi wybaczy.
21:43. Dwie minuty.
Wybrałem prędko numer Igora. Odezwał się po pierwszym sygnale.
-I…? – zamyślił się pytająco.
-Ślijcie ich. – rozkazałem. – Dwóch do mnie, reszta tam gdzie ustaliliśmy. Przedłużam czas o dwie minuty.
-Będą u ciebie za dwadzieścia.
-Marek?
-Po nim.
21:47 i będzie po wszystkim.



-Jezu… - sapnął Graham, czując kolejny napływ bólu w żołądku. Wyjrzał jeszcze raz przez okno, tak, jakby widok ośnieżonej, różnokolorowej choinki miał go jakoś uspokoić. Zauważył przemykających obok niej szybkim krokiem dwóch mężczyzn. Nie dziwił się, widząc tempo ich chodu, zważywszy uwagę na chłód, który dosłownie wpędzał do najbliższego ciepłego pomieszczenia niczym gorąc zachęcał do zimnej kąpieli.
Ile on już tu…
Za siedemnaście dziesiąta. Ponad pół godziny spędzonej na sraczu przez głupi nawyk obżarstwa. Na szczęście Graham czuł, że nadchodzi kres jego niestrawności i zdąży przynajmniej skosztować barszczu Marka.
Obstawiał jeszcze góra dziesięć minut.


Dwójka „cyngli” przekroczyła próg pomieszczenia. Na sam ich widok aż mnie zmroziło.
Nie, wyglądali całkiem normalnie. Ten po lewej miał wręcz przyjazną, okrągłą twarz, można by rzec, grubą, nie pasowała ona jednak do zwartego ciała poniżej. Nawet ciemne, gęste włosy wyglądały sympatycznie. Całości przyjemnego wrażenia dopełniał czarny, gęsty zarost, któremu niewiele brakowało do brody. Oczy, małe, czarne niczym węgiel i głęboko osadzone w ironiczny sposób mówiły „Tak, ja też określam siebie mianem „do rany przytul”.”.
Mężczyzna po prawej wyglądał już nieco bardziej poważnie – miał pociągłą, a zarazem szeroką, kanciastą twarz, był także wyraźnie starszy od swego towarzysza – oceniłem jego wiek na około trzydzieści pięć lat. Zamiast zrostu dookoła podbródka po nosem nosił niewielki, lecz równie czarny wąsik, mocno kontrastujący z bladą skórą. Nie widziałem jego włosów, ponieważ nosił na sobie dość nisko opuszczoną czarną, wełnianą czapkę.
Cóż… zawsze, kiedy wiem o kimś, że ma za sobą lata służby w Specnazie, mrozi mnie na jego widok, choćby wyglądał na najsympatyczniejszego i najmilszego człowieka na świecie i tak też się zachowywał, wciąż czułbym do niego pewne uprzedzenie, zupełnie jak teraz. Pozostawało mi cieszyć się, że są po mojej, a nie innej stronie.
Jeszcze bardziej zmroził mnie widok dwóch wyciągniętych przez nich AKMS’ów, z których każdy doczepiony miał wielki, bębnowy magazynek. Póki co, zawiesili je sobie na plecach, a w dłoniach chwycili po tłumionym Tokariewie.
-Ilu jest na zewnątrz, znaczy się, „dla nas”? – spytał wyższy z żołnierzy.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-My bierzemy chatę obok. – odrzekłem, przeładowując Colta. Schowałem go niedbale za pazuchę i wyszedłem z „gastronomicznej” chaty, po czym skierowałem się w stronę tej pełniejszej. Robiła ona za tutejsze miejsce do pogawędek, tam zebrali się wszyscy stalkerzy oczekujący na przybycie do dwóch pozostałych chat, w których równo o dziesiątej miała się zacząć wigilia. Jako, że zostało już niewiele czasu, większość ze stalkerów usiadła już przy stole i tam wyczekiwała dziesiątej – w „barze” pozostało, wedle przebywającego tam współpracownika Igora, ledwie dziewięciu ludzi.
Obejrzałem się przez plecy. Dwójka członków Specnazu szła za mną, zerkając nerwowo na boki. Popatrzyłem w lewo i zauważyłem, że kryjący się w lesie oddział Igora przesunął się kilka metrów do przodu, wstępując na skraj gaju.
Niejednego mógł zastanawiać brak ochrony całej wioski – brak ogrodzeń, budek wartowniczych, nawet pojedynczego strażnika. Jednak do tej pory stalkerzy przejmowali się jedynie mutantami; nie do pomyślenia było, aby wojsko bez żadnego ostrzeżenia zaatakowało obóz samotników – była to abstrakcja, rzecz nie do pomyślenia, niczym hitlerowskie obozy zagłady za czasów drugiej wojny światowej – choć poglądy faszystów były znane, ludziom nie mieściło się w głowie, by pogląd wcielić w życie i tym samym dziennie mordować kilku tysięcy ludzi. Tu sprawa miała się podobnie – choć między stalkerami a rządem Ukrainy iskrzyło od dłuższego czasu i dochodziło do pewnych „incydentów”, ani jedna, ani druga strona nawet nie myślała o otwartej wojnie, ataku któregoś z należących do nich obozów, baz. Po prostu trzymali się od siebie z daleka, nie kryjąc wzajemnej niechęci.
Jednak stało się coś, przez co rząd podjął dzisiejszą decyzję. Nie znałem szczegółów i prawdę mówiąc, nie miałem zamiaru ich znać. „Wystarczyło” mi to, że uczestniczyłem w pierwszej zbrodni wojska wobec stalkerów – zwykłym skurwysyństwie, wymordowania kilkunastu Bogu ducha winnego ludzi, których nawet nie znałem, uczestniczących w pierwszej w Zonie wigilii.
Tkwiłem w błędnym kole – choć dotarło już do mnie w końcu, że robię źle, musiałem doprowadzić tą rzeź do końca, inaczej skończyłbym jak Marek – zadźgany ukradkiem i porzucony w lesie.
Są chwile, w których trzeba się przemóc…
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 27 Mar 2009, 22:10

-A kogo chodzi? – zagadnąłem, zbliżając się do drzwi. Uchyliłem je lekko, wyjrzałem przez nie, po czym dałem znać reszcie, by weszła na górę. Najszybszy, co wcale mnie nie dziwiło, był Michał, który dosłownie wyrwał się z tłumu i jak dziki pomknął w moją stronę.
-Graham Kellerman. – rzekł Dymitr sekundę przed uniknięciem przeze mnie zderzenia z pędzącym Michałem, który wleciał do biura jeszcze gwałtowniej ode mnie. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, głos zabrał Dymitr.
-Tak, będziesz mógł go zabić, ale najpierw zajmiemy się kim innym, dobra?
Byłem bliski parsknięcia śmiechem, widząc ulatniający się entuzjazm Michała. Po dwóch sekundach upokorzenia w końcu kiwnął nieznacząco głową, po czym oparł się o ścianę, czekając na innych, zwłaszcza wleczącego się Lenny’ego.
Kiedy w końcu dokuśtykał do pokoju i wraz z resztą usadowili się na miejscach, Dymitr zaczął wprowadzać nas w szczegóły.
Zakręcił się dość mocno na krześle, obracając się dookoła co najmniej dwa razy.
-Graham Kellerman… - mruknął, wciąż się kręcąc. Zahamował prawą nogą o stolik, po czym kontynuował. – Graham był w Mryńsku przez kilkanaście godzin, ledwie kilka godzin po wybuchu. Z pewną osobą, której nie znamy…
-A jego skąd znacie? – zapytał Radek.
-Stalker – mało, prawie w ogóle nieznany, ale na tyle jednak, że wojskowi dali radę go „spisać”. W Mryńsku zrobiliśmy mu zdjęcie i… Nie spodziewałbym się tego po nim. Wiadomo o nim, że w życiu zdobył jedynie dwa artefakty i to, że całkowicie stroni od „życia publicznego”, w sumie to widzieliśmy go tylko raz, w „tej” Zonie. Rok temu był w Rostoku przez tydzień, potem się nie pokazywał. Do wczoraj, kiedy wraz z jakimś gościem zestrzelili nam śmigłowiec…
-Zwolnij. – rzuciłem nagle. – Kiedy, jak, gdzie?
-Trzecia grupa badaczy, znaczy się, rządowa, która miała zbadać elektrownię została zestrzelona nad wieżą kościelną wczoraj w nocy. Więc, choćby z zemsty, macie go zabić. A najlepiej by było, gdybyście go złapali.
-Gdzie szukać? – spytałem.
-W Prypeci rzecz jasna.
I tak oto prysnął cały mój dobry nastrój. Czyli jego mogłem już mieć z głowy.
Szybkim krokiem, ku zdziwieniu mych przyjaciół, Dymitra i Michała, wyszedłem z pokoju i zbiegłem po schodach. Sięgając dłonią do klamki drzwi wyjściowych z chatki usłyszałem kilka dudniących kroków za mną. Obstawiałem, że pobiegł za mną Radek, Leon i Mikołaj. Izaak był na to za ciężki.
Nie zwróciłem uwagi na lodowaty powiew wiatru, który niemal wbił mnie w ziemię swym chłodem, kiedy wyszedłem na plac. Schowałem prawą rękę w kieszeń i udałem się do „nory” Igora. Nie było sensu tego dłużej odkładać – sobotę spędzę przed telewizorem.


Był bliski popadnięcia w autentyczny obłęd.
Czuł się zagrożony – pierwszy raz od ponad dwudziestu lat. Nigdy nie wyobrażał sobie takiej sytuacji – takiej, w której w końcu ktoś będzie chciał się do niego dobrać.
Zastanawiał się, gdzie popełnił błąd, przez co lub przez kogo został ujawniony. Wszystkie okropieństwa, których się dopuszczał…
Nie zdziwiłby się, gdyby armia zjednoczonych stalkerów z całej Zony zaszarżowała na obóz rządu, gotów zrobić wszystko, byleby go zlinczować.
Igor od trzech godzin siedział na kozetce w bezruchu, próbując poukładać sobie w głowie wszystkie myśli, uspokoić się, chociaż trochę. Wszystko na nic.
-Ile mu dajesz?
-Bo ja wiem… trzy dni?
-Eee! Ja góra półtora. Pewnie zakradną się do niego w nocy i…
-A co z wywiezieniem?
-Rozpuszczą go.
-Wątpię. Ja na ich miejscu rozłożyłbym folię i go pokroił, a potem wyrzucał kawałek po kawałku, żeby nawet zęba nie znaleźli.
-Ząb?! Nie zdziwię się, jak któryś z nich zawiesi go sobie u szyi!
-Mimo to uważam, że nie będzie im się chciało go kroić. Obstawiam, że poproszą go o upolowanie mutanta i…
-…w tył głowy.
-Może. Ale gdyby Jonathan miał odpał, pochlastałby go tym swoim nożykiem.
-Nie musi chlastać. Jedno precyzyjne cięcie i…
I tak od dwóch godzin.
Armia halucynacji i omamów otoczyła Igora i nieustannie się nad nim znęcała, podsuwając wizje i wyobrażenia jego rychłej śmierci. Był prawdziwie zszokowany – do tej pory nie zdążył się nawet przyzwyczaić czegoś bać, teraz zaś „kazano mu” przygotowywać się do zejścia z tego świata w niezbyt miły sposób.
Może lepiej samemu się wykończyć? Oszczędzić cierpień? Igor i tak nie wierzył w Boga, więc nie przejmował się prawdą wiary, jako by samobójca miał trafić do piekła.
Otruć się czy zastrzelić? Raczej to drugie. Szybsze i mniej męczące.
Poza tym, pod ręką Igor miał jedynie pankuronium, a śmierć poprzez uduszenie po wcześniejszym paskudnym zwiotczeniu mięśni nie należała do przyjemnych. Dobrze to wiedział, bo już niejednokrotnie używał pavulonu, jak brzmiała „handlowa” nazwa owego specyfiku.
Pistolet Igora, Glock 20, leżał na biurku, metr od szpitalnej, skórzanej kozetki. Pięć sekund i było by po wszystkim. Chociażby mieliby wywiesić jego ciało ku przestrodze, jemu by to nie przeszkadzało. Nie czułby już kompletnie niczego.
Cóż, trudno.
Mimo męczącej go niechęci, Igor jednym pewnym ruchem zsunął się z oparcia i wyprostował, po czym wykonał pierwszy krok w stronę pistoletu. Zatrzymał się chwilowo, by na niego spojrzeć. Tak, to będzie najlepsze wyjście. Szybko i bezboleśnie.
Nagle w głowie Igora odezwała się kolejna myśl.
-Trzy dni? Półtora? W życiu. Ja daję mu trzy minuty.
Stanął jak wryty, słysząc kroki. Szybkie, pewne i ciężkie, przypominały raczej bieg. Co oczywiste i dla Igora niestety nieszczęśliwe, kroki zbliżały się w stronę jego pomieszczenia.
-Idą po mnie… - odezwał się po raz pierwszy od trzech godzin Igor.
Drzwi.
Przez całe te zamieszanie zapomniał nawet o tym, żeby zamknąć blaszane drzwi, wchodząc do środka. Niczym porażony prądem rzucił się w ich stronę, te jednak zdążyły już pomknąć do przodu, prawdopodobnie uderzone barkiem. Igor uniknął zderzenia z kawałkiem zardzewiałej blachy, nie zdążył jednak uchylić się przez żelaznym uściskiem dłoni, która chwyciła go za szyję.
-Master…! – sapnął, wierzgając się we wszystkie strony. Udało mu się raz kopnąć Jonathana w lewą nogę, pozbawiając go tym samym równowagi, jednak na zaledwie pół sekundy, której oprawca praktycznie nie odczuł. Parł wciąż naprzód, z długo wyciągniętą przed siebie lewą ręką, którą dusił Igora. Miał zamiar zdążyć, zanim przybiegnie za nim Radek, który pewnie by go zatrzymał.
-Skurwiel! – wydyszał Igor, zderzając się ze ścianą. – Wiedziałem, że to będziesz… - urwał w wyniku ciosu zadanego przez Jonathana. Uderzył go z główki prosto w czoło, niemal pozbawiając go przytomności. W tym czasie Masterton zwolnił lekko uścisk by przesunąć kastet z ostrzem – wąską klingą do przodu. Widząc odzyskującego świadomość Igora, Jonathan „doprawił” go dodatkowym kopnięciem w brzuch. Skulił się odruchowo, łapiąc się za bolące mięśnie. Jonathan złapał jęczącego Igora za włosy, wyprostował go do pionu, po czym zamachnął się lewą dłonią. Ściągnął ją w dół, po czym pchnął w stronę brody agenta, trafiając go ostrzem za podbródek, odchylając tym samym głowę nienaturalnie w tył.
Jonathan niemal się zawahał, słysząc przeraźliwy krzyk i krew powoli wyciekającą z pod brody. Musiał jednak „kontynuować”. Rzadko używał tego artefaktu, teraz zaś miał do tego idealną okazję.
Z pomocą „Sprężyny” i niewątpliwie silnej lewej ręki, Masterton zdołał unieść ją wysoko w górę. Razem z wciąż nabitym na ostrze Igorem, który słabł z sekundy na sekundę, nie mogąc pewnie uwierzyć w to, co się właśnie dzieje.
„Wisiał”, przybity do ściany, ponad pół metra nad Mastertonem, nie mogąc nic zrobić.
Nie mogąc wydusić słowa, jęknął jedynie ze zdziwienia widząc niespodziewany grymas na twarzy Jonathana. Próbował poruszyć prawą ręką, co sprawiało mu widoczne trudności. Do tej pory bezwładnie zwisająca, zdołała unieść się na wysokość pasa, przesunąć w stronę pleców i w końcu wyciągnąć pistolet.
„Goły” Colt należący do Radka, jeden z dwóch posiadanych przez niego modeli M1911A1. Ten był bardziej „klasyczny” – nie modyfikowano w nim niczego (nie licząc kilku wymienionych części), miał typowy, matowy, ciemnosrebrny kolor i okładzinę z ciemnego drewna, prawdopodobnie dębu.
Jonathana zaczęły opuszczać siły – trzęsący się Igor, teraz już cały we krwi opadł kilka centymetrów w dół, poważnie przeciążając dłoń Jonathana. Problem stanowiła teraz jednak prawa, w której obecnie dzierżył pistolet.
W nagłym przypływie siły i adrenaliny Masterton poderwał broń do góry i przyłożył ją do klatki piersiowej Igora, celując w serce. Wcisnął się, niemal wgryzł lufą w żebro Igora.
Samemu czując wielki ból – mięśni, głowy i przede wszystkim ścięgien, zdołał jakimś cudem pociągnąć za spust. Ciało Igora, teraz już bezwładne, podobnie jak grube mury i metry ziemi skutecznie zdusiły odgłos wystrzału.
Obie ręce Jonathana opadły bezwładnie z sił, wypuszczając tym samym ciało, które załomotało o kamienną podłogę, lądując na brzuchu.
Wypuszczony z bezwładnej dłoni Mastertona Colt wylądował obok prawej dłoni zwłok Igora. Palce wyglądały, jakby próbowały coś chwycić – pozostały w panicznym rozwarciu.
Masterton uśmiechnął się lekko, widząc tą dość nietypową scenę. Zaraz potem krzyknął znowuż, czując napływ bólu w prawej ręce.
Czuł się, jakby po tygodniu poruszono mu w niej ogromny skrzep krwi, który zaczął krążyć po żyłach.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 08 Kwi 2009, 18:51

-Szybciej! – ponaglił Radek, zeskakując z pięciu stopni na raz. Chwilę później zrobił to pędzący Mikołaj, który z trudem zachował równowagę po lądowaniu; upadłby, gdyby nie zderzył się z kamienną ścianą. Wyprostował się i miał zamiar już biec dalej, stanął jednak w miejscu, słysząc pewien odgłos.
Z końca betonowego korytarza rozległ się suchy trzask, jakby grubej, suchej gałęzi. Był jednak zbyt donośny i, choć wytłumiony między innymi przez ściany, łatwy do rozpoznania.
Mikołaj chwycił wciąż biegnącego przed siebie Radka za ramię i pociągnął go do tyłu. Widząc jego oburzone spojrzenie, rzekł:
-Już po nim.
-Jak…?
-Nie słyszałeś? Załatwił go.
-Kurwa… - jęknął Radek, wyraźnie mniej podekscytowanym tonem. – I co teraz?
-Na początek… zamknij drzwi.
-Jestem ciekaw… - zaczął stalker, podchodząc do blaszanej klapy. – Co mu zrobił. – dokończył, chwytając obie klapy, po czym pociągnął je do siebie i zamknął, robiąc przy tym spory hałas. Mikołaj aż zgrzytnął zębami, słysząc metaliczny huk.
-Już?! – zapytał zniecierpliwiony.
-Ta… - mruknął Radek, blokując uchwyty blachy, spinając je łańcuchem. – Już…
-Myślicie, że ma ta jakiś kwas, albo coś w tym stylu? – odezwał się milczący do tej pory Leon, który stał od pozostałej dwójki o ponad dwa metry, nerwowo wpatrując się w głąb korytarza.
-To nie Jefferson. – rzekł Mikołaj, robiąc pierwszy krok naprzód. Chwilę później ruszył za nim Radek.
-To znaczy? – zapytał po kilku sekundach milczenia, podczas których trójka agentów pokonała ledwie trzy metry. Szli bardzo wolno i spokojnie.
-Do jutra, no, może góra za dwa dni, Dymitr ogłosi wszystkim, że mieliśmy załatwić Igora, a wszystkich, którym się to nie podoba, spotka zapewne to samo…
-W sumie… - zamyślił się Radek. – Przydałoby się zrobić tu nieco porządku.
-Z wojskiem będzie mu trudniej. – zauważył Leon, idący powoli bokiem wzdłuż ściany. – Jak ty sądzisz, Ra…
-Nie zaczynaj! – krzyknął nagle Radek, mierząc Leona zabójczym spojrzeniem. Ręka odruchowo wylądowała mu na rękojeści Colta.
-Pytam poważnie… - kontynuował wciąż spokojny Leon. – Byłeś z nimi, widziałeś co potrafią, więc…
-Nigdy… - wysypał Radek, łapiąc Leona za kark i przystawiwszy go do ściany, boleśnie trafiając jego nosem w mur. – Nie mów nikomu o tamtym dniu, rozumiesz?! – tym razem już krzycząc, wyjął pistolet z kabury. Widząc jego wściekły wyraz twarzy Mikołaj aż zdziwił się, że lufa M1911A1 nie wylądowała na potylicy Leona.
-Niby czemu? – spytał Leon, wciąż w miarę spokojny, choć już lekko przestraszony, z niepewnie brzmiącym głosem.
-Jest mi wstyd, po prostu wstyd, rozumiesz?
-Wstyd za co?
-Nie udawaj, że nie…
-Jasne, że wiem! Trzech stalkerów i możliwość załatwienia reszty, ale coś ty im…
-Zaraz zrobię to, ku*wa tobie! – wykrzyczał Radek, tym razem wyjmując pistolet z kabury i dociskając jego lufę tak mocno do głowy Leona, że tej jęknął z bólu. – A raczej by ci się to nie spodobało.
-Daj mu spokój… - szepnął ktoś zrezygnowanie z zacienionej części podziemi, idąc powoli w stronę trójki agentów.
Z cienia wyłoniła się zmęczona i spocona twarz Jonathana, dwa kroki później odsłonił on swój garnitur – widniała na nim spora plama jasnej krwi; ciemna, która niemalże już skrzepła, pokrywała jedynie biały kołnierzyk koszuli, którą Masterton niósł pod marynarką.
Jej prawy rękaw zwisał bezwładnie – był pusty, prawa ręka Jonathana oparta była o zwisający z szyi pas. W lewej dłoni, najobficiej pokrytej krwią, Masterton jak zwykle trzymał swój kastet zakończony ostrzem. O dziwo klinga była całkowicie czysta, wypolerowana „na połysk”; lśniła metaliczno niczym firmowa, nowo kupiona zapalniczka.
Masterton miał wiele dziwnych zachowań, ale do ścisłej czołówki zaliczało się polerowane owego ostrza tuż po jego „użyciu”. Zrobił tak nawet w przypadku…
-Słuchaj. – powiedział Radek stanowczo w stronę świeżego mordercy Igora. – Jeśli on… - w tej chwili wskazał kiwnięciem głowy Leona. – Jeszcze raz wspomni o…
-Wybiciu tamtego obozu? – domyślił się Jonathan. Widząc zdziwione spojrzenie kolegi, uśmiechnął się lekko pod nosem. – Lepiej o tym zapomnieć.
-Raz na zawsze. – szepnął Mikołaj.
-Smuci mnie to. – mruknął po nosem Jonathan, prostując się.
-„To” czyli…? – dociekł Leon.
-Pamiętacie te wszystkie nasze „przysięgi przyjaźni”, jeszcze z Prypeci?
W ciemnym korytarzu zapadła głucha cisza. Każdy na swój sposób zaczął rozmyślać o dzieciństwie, konkretnie zaś o przypomnianej przez Mastertona rzeczy – „przysięgach”. Mikołaj, mimo swego przekonania o własnej dorosłości i prób nie myślenia o przeszłości z chęcią zaczął rozmyślać o tamtych czasach i dniach, w których poznawał swych pierwszych przyjaciół. Radek, pierwszy raz od ponad trzech tygodni wrócił myślami do swej młodości, dokładnej zaś, do pierwszego w życiu pobytu w szpitalu; tego, podczas którego „oficjalnie” uznał za swego najlepszego przyjaciela Leona. Ten z kolei nie myślał o niczym konkretnym – zaczął sobie jedynie wyobrażać siebie w wciąż „żywej” Prypeci, leżącego na kamiennych schodach w centrum, wpatrującego się w niebo. Już wtedy go to uspokajało, teraz również był to jeden z jego lepszych sposobów na wszelkie przejawy złości. Zaraz po papierosach i alkoholu, których niestety od dłuższego czasu nadużywał, co gorsza, zaczął odczuwać tego skutki.
Masterton zaś, jak zwykle, nie mógł się skupić na jednej, konkretnej rzeczy. Z jednej strony myślał o Kamilu, z drugiej wciąż przeszkadzały mu w tym wspomnienia związane z Adrianem i pobytem w szpitalu po bolesnym ranieniu oka. W cały ten i tak już poważny „konflikt” mieszał się ojciec Jonathana, Ullises – zarówno te dobre jak i złe, tych pierwszych jednak, na szczęście, było znacznie więcej.
O dziwo, po tak wielu zmianach w swoim życiu i niewątpliwego częściowego wyprania z emocji, Jonathan pozostał optymistą.
-Więc… - kontynuował, mimo tego, że nie doczekał się odpowiedzi. – Robi mi się przykro z powodu tego, co dziś robimy…
-Mogło być gorzej. – uspokoił się Radek.
-Jasne. Zawsze mogliśmy się pozabijać nawzajem za byle co, ale to… smutne.
-To przepadło. – Radek schował w końcu pistolet do kabury, po czym podszedł do Mikołaja, wciąż kierując jednak słowa do Jonathana. – Jedyne, co zostało z tamtych czasów to to, że wciąż jakoś trzymamy się razem, a to już naprawdę wiele.
-Szkoda, że nie wszyscy… - szepnął Masterton, mając na myśli Kamila. Mimo wszystko, dziś nie miał odpowiedniego nastroju na to, by wyłuskać wszystkie pozytywne związane z nim wspomnienia. Nie mógł odpędzić od siebie wydarzeń z końcówki kwietnia 1986 roku. Po prostu nie mógł. Zmienił temat.
Radek i jego współpraca z wojskiem.
Powód, dla którego mające kilkanaście lat więzi mogły w ciągu kilku sekund całkowicie stracić ważność. Był to chyba najbardziej drażliwy dla Radka temat; wątek, który dołował go bardziej niż Jonathana dołował brak Kamila. By uwolnić się od tych drugich i tym samym potwierdzić pewne słowa zasłyszane niegdyś w prypeckim szpitalu („Zawsze łatwiej jest mówić nie o swoim, ale cudzym nieszczęściu.”), Masterton myślami cofnął się do ubiegłorocznej gwiazdki.
Dnia, w którym stalkerzy tak naprawdę zaczęli prawdziwie nienawidzić stacjonujących w Zonie przedstawicielu rządu. Fakt, nigdy się nie lubili, ale była to raczej niechęć, drobne uprzedzenie, tłumaczone najczęściej konfliktem interesów.
Jednak od tamtego dnia, stalkerzy wypowiedzieli wojsku otwartą wojnę.
Biorąc pod uwagę okoliczności, mieli do tego całkowite prawo.
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

Re: Kolejne Opowiadanie.

Postprzez Valentino w 14 Maj 2009, 20:13

Rok 2000.


Zjadł zdecydowanie za dużo.
Karp, kilkanaście pierogów, ogromny zraz – wszystko to popite wielką, wręcz przyprawiającą o mdłości ilością czerwonego barszczu. Zawsze objadał się niczym dziki wieprz, ale nigdy nie jadł tak dużo jak w Boże Narodzenie. Ilość potraw, samo wyczekiwanie na sposobność spożycia ich w tą niezwykłą okoliczność, jaką były święta, zwiększały nienasycony apetyt Grahama. Zwykle, tak jak teraz, odkupywał to godzinami spędzonymi w toalecie, nie były one jednak widocznie na tyle złe, by zapobiec przyszłorocznemu obżarstwu. Tym razem dopadła go dość silna niestrawność i jeszcze silniejszy ból brzucha; był on jednak do wytrzymania.
Kiedy skończy, wróci na swoje miejsce przy wigilijnym stole i pełnienia grzechu obżarstwa. Ku zdumieniu wszystkich jego znajomych, Graham nie był gruby, wręcz przeciwnie – był doskonałej kondycji fizycznej, silny, wysportowany i dobrze zbudowany. Zawdzięczał to nie tyle ćwiczeniom, co wyjątkowo dobrej przemianie materii – już od dziecka pamiętał, jak pomagała ona mu zachować odpowiednią wagę.
-Święta w Zonie… - mruknął z lekkim niedowierzaniem, wyjrzawszy przez okno.
Chyba najbardziej przydatne wykorzystanie dawnej zabudowy, jakie Graham w życiu widział.
Do czterech chat wioski niedaleko Prypeci ponad tydzień temu wniesiono stoły, krzesła, sprzęt grający oraz dekoracje, które jeszcze do wczoraj leżały w pudłach, dziś zaś spoczęły na lampach, oknach i drzwiach drewnianych budynków.
Dwa dni temu umieszczono w każdej z nich przenośny grzejnik, który juz uruchomiono ubiegłej nocy tak, by zdążyć „nagrzać” każdą chatę; na zewnątrz było wyjątkowo zimno i nieprzyjemnie, a prognoza z dnia na dzień się pogarszała. W miarę możliwości polokowano i pouszczelniano okna każdej ocieplanej chaty tak, by zachować w środku gorące powietrze. Co do drzwi, o dziwo, były one sprawne w każdej z chat, co było „zasługą” mieszkających tu ponad rok temu handlarzy, którzy w pewnym stopniu wyremontowali okoliczne pomieszczenia i urządzili sobie tu coś w rodzaju targu. Po paru miesiącach jego niezwykle owocnego funkcjonowania handlarze postanowili jednak przenieść się bliżej Zony i jej niebezpieczniejszych, bardziej znanych terenów; nie każdy miał ochotę na kilku kilometrowy spacer nieznanymi ścieżkami, często naszpikowanymi anomaliami. Fakt miało to swoją zaletę; do Targu zjeżdżała się sama elita, która wydawała u kupców prawdziwy majątek, mimo to handlowcy postawili na powszechność i łatwy dostęp swoich usług.
Wynieśli cały sprzęt, wymontowali nawet okna, ale drzwi zostawili, ułatwiając tym samym w znacznym stopniu zadanie stalkerom, którzy podjęli się zorganizowania wigilii.
Na pierwszy rzut oka wydawało się to niemożliwe – wystarczyło wypowiedzieć sobie w duszy słowo „Zona”, pomyśleć o wszystkich Jej „urokach” i tym, z czym najczęściej się kojarzy, by się zniechęcić. Jednak nawet w Zonie było kilku ludzi dobrych woli; nie tyle mądrych, do odważnych, by choć zaprezentować innym pomysł urządzenia wigilii w takim miejscu jak Strefa. Po oczywistym zdziwieniu i niewątpliwie ironicznym parsknięciu śmiechem stalkerzy zastanowili się jednak głębiej nad tą kwestią – była niezwykle kusząca, mogła w pewnym stopniu pomóc mieszkańcom Zony i…
-Nie… - syknął Graham, zaciskając pięść ze złości. Nienawidził, kiedy jego rozmyślania szły w złą stronę i traciły swój początkowy rytm. – Inaczej…
Wigilia była po prostu dobra.
Tak, użycie tak prostego i wręcz prymitywnego słowa jak „dobra” nieco zdziwiło Grahama, ale uznał on to za lepsze niż wielominutowe wymienianie różnorakich epitetów. Ta „obiektywna” strona pojęcia „dobre” (dla niektórych, przykładowo, oznacza to, że będzie miał okazję kogoś zabić) zawierała w sobie wszystkie pozytywy związane z wigilią; choć nikłe, to zawsze – poczucie wspólnoty większe niż to odczuwane podczas wypadu, rozmowy w barze czy…
Po prostu niepowtarzalne.
Te święta były po prostu potrzebne, a w szczególności w Zonie; mimo wszystkich dziejących się w niej okropieństw, a może właśnie dlatego – by dać żyjącym w niej ludziom choć trochę normalności. Potem? Niech robią co chcą; wrócą do tego, czym się na co dzień zajmują – wypraw, morderstw czy polowań.
Ale ten jeden dzień Zona miała być nie do poznania – widząc ją w święta ludzie mieli sobie zadawać pytanie „I to ta niesławna Strefa?”, mieli uznać nazywanie skażonego Czarnobyla piekłem za niedorzeczne.
Przez społeczność stalkerów przewijało się setki różnorakich pomysłów, w których nie brakowało dobrego zamysłu i szczytnych intencji. Ale tym razem w parze razem z intencjami miało iść wcielenie w życie i dotrzymanie obietnic „złożonych” w teorii.
Miał to być spokojny, zwyczajny dzień, tak bardzo różniący się od każdego innego – tych, które wypracowały opinię Zonie i stalkerom.
-No i się udało… - mruknął Graham, znowu patrząc przez okno (jedno z dwóch w całej „wiosce”) na, uwaga, bogato przyozdobioną choinkę. Niezwykły, za to bardzo krzepiący widok.


-Nie uważasz, że to lekka przesada? – spytał Marek, obserwując gotujący się barszcz. Bulgotał, aż miło, wypełniając pokój swym aromatem – mimo tradycyjnego przepisu dominował w nim uwielbiony przez Marka czosnek. Nie mógł się doczekać, by go spróbować, mimo, że musiał poczekać jeszcze ledwie dwie minuty, wydawało się to dla niego za dużo.
„Głodny jestem!” – pomyślał błagalnie.
-Może trochę… - odpowiedział siedzący przy kuchennym stoliku Daniel. Od godziny rozmawiał z Markiem, podczas gdy ten szykował barszcz, teraz zaś zeszli na temat „zakupów”. Otóż Daniel od ponad dwóch tygodni przymierzał się do zakupu nowej broni – odkąd w wyniku spotkania z pewnym stalkerem, prawdopodobnie pracującym dla wojska, stracił swój karabin, nie mógł nawet zapolować na obłażącego ze skóry psa. Przesiadywanie w bazie, barze czy jakimkolwiek innym obozowisku nie tyle go dołowało, co zwyczajnie irytowało – od zawsze rozpierała go energia, a polowanie na mutanty… było najlepszym sposobem na rozładowanie się.
-Znam jednego gościa… Adama. – Marek powąchał barszczu. Był prawie gotowy.
-I co z nim? – spytał Daniel.
-Załatwi ci tego samego Remingtona za osiemdziesiąt procent tego, za ile chce ci sprzedać ten twój znajomy.
-Ale nówkę?
-Oczywiście, że tak. On sprzedaje same nówki, chyba że chcesz jakiś kolekcjonerski egzemplarz.
-Kolega poszukuje rządowego Colta.
-Jedenastkę? – domyślił się Marek, skręcając gaz w kuchence.
-Ta, jeden z pięciuset egzemplarzy na cały świat, Sing coś-tam… Mam to gdzieś zapisane, jutro ci powiem konkretnie i pogadasz z tym Adamem.
-W porządku…
-Słyszałem, ba, widziałem kiedyś ten model. Chyba nawet ma go jakiś stalker…
-Gdybyś mi go załatwił, byłbym bardzo wdzięczny. – zapewnił Daniel. – I jak? – spytał po paru sekundach milczenia.
-Chwila… - Marek chwycił w prawą dłoń dużą łyżkę, zanurzył ją w zupie, po czym spróbował sto… sto… sto dwudziestego trzeciego barszczu zrobionego w swoim trzydziestoletnim życiu. Raz, dwa, trzy – miła liczba.
-Jak zwykle… - mruknął z zadowoleniem. – Idealny. Idź do… Kur…! – Marek urwał nagle, łapiąc się za brzuch. Po dwóch sekundach koszmarnego bólu nastąpiła niespodziewana chęć na…
-Co ci? – zaniepokoił się Daniel, widząc chwiejącego się Marka.
-Muszę… do kibla! – wysapał Marek, biegnąc w kierunku drzwi.
-Zajęty!
-Co?! – stalker zdążył otworzyć już drzwi. Stanął we framudze, gorączkowo łypiąc oczyma. – Przez kogo?
-Graham…
-Kurwa! – Marek wypadł z chaty tak gwałtownie i szybko, że stłukł szybkę w drzwiach wejściowych. Już w przedpokoju poczuł chłód, na zewnątrz jednak był on tak nieprzyjemny, że stalker miał chęć zawrócić do środka. Robić w krzaki w jakimś w lesie przez tego zasranego debila-obżartucha! To się nazywa upokorzenie…
Wciąż trzymając się za brzuch, ominął przerobioną na kuchnię chatę dookoła i skierował się w stronę najbliższego, większego skupiska drzew, którego nie oświetlały nawet lampki wielkiej choinki. Mimo wszystkich niedogodności wsłuchiwał się w przyjemny dla jego ucha suchy dźwięk gniecionego śniegu.
Biegnąc obok niej, kołysząc nerwowo głową i zmagając się z setkami jaskrawych światełek poczuł się jak w pędzącym pociągu w słoneczny dzień – choć zdarzyło mu się to ostatnio dopiero kilka lat temu, poczuł, że zaraz dopadnie go atak padaczki. Zamknął oczy i pobiegł kilka metrów na oślep, lewą, wolną ręką osłaniając się przed ewentualnymi gałęziami. Po czterech sekundach przestał odczuwać mdłości, oddaliły się one wraz ze światełkami choinki oraz ozdób, podobnie jak widmo ataku epilepsji. Brakowało mu tylko papieru do pełni szczęścia w tym nieszczęściu.
W końcu.
Zacieniony, wolny od czyjegokolwiek wzroku zakątek.


Otworzyłem powoli drzwi i wszedłem do przedpokoju. Poczułem zapach świeżego barszczu i kilku innych potraw – ciekaw byłem, czy Marek zdążył już którejś z nich spróbować. Poczułem nieprzyjemny ścisk w żołądku.
„To śmiecie.”
Po czterech krokach dotarłem do otwartych drzwi prowadzących do kuchni. Tutaj czosnkowo-ziołowy aromat osiągnął już apogeum, poczułem się jak w ekskluzywnej restauracji podającej tradycyjne potrawy. Znowu ten ścisk…
„…gnoje!”
W kuchni, przy okrytym ceratą stoliku siedział młody mężczyzna, wyraźnie zaniepokojony. Nie wyglądało na to, aby miał przy sobie jakąkolwiek broń – nie widziałem żadnej wypukłości ni w okolicy pasa czy klatki piersiowej. Jeśli w ogóle miał jakiś pistolet, to trzymał go najpewniej za plecami, wepchnięty w spodnie.
-Gdzie Marek? – spytałem go.
Mężczyzna spojrzał się w moją stronę nieco zaskoczony, jakby dopiero zauważył moją obecność. Obadał mnie spojrzeniem, po czym odpowiedział.
-Wybiegł za potrzebą. Masz do niego jakąś sprawę? – zaciekawił się po chwili.
Nie mogłem się powstrzymać od ironicznego uśmieszku, który szybko jednak zniknął z mojej twarzy, zmyty przez kolejną wątpliwość, po której zaś z kolei znowu w mej głowie rozbrzmiało propagandowe hasełko.
„sku*wysyny!”
Nigdy w życiu nie czułem się tak niepewnie. Ale byłem już za daleko, żeby się wycofać.
-Martwi nie mówią… - mruknąłem, wyciągając pistolet z kabury, po czym wymierzyłem go w młodego stalkera. Singer mfg Co., jeden z pięciuset egzemplarzy na świecie, wart ponad trzydzieści tysięcy dolarów, nigdy nie miałem zaś ochoty przeliczać tego na ruble czy hrywny. Moje samouwielbienie miało pewne granice.
Przebłysk sceny z wczorajszego prania mózgu wywołał u mnie mimowolny skurcz mięśni, przez co kula Colta zamiast trafić stalkera w głowę wwierciła się w jego szyję.
Okropieństwa tego widoku nie dało się opisać słowami, toteż nie próbowałem. Zamiast tego skupiłem się i wycelowałem jeszcze raz, tym razem prosto w czoło.
Stalker umilkł zanim łuska zdążyła drugi raz odbić się od podłogi. Zakrwawiona ręka zsunęła się z szyi i opadła bezwładnie, chlapiąc wszystko dookoła krwią. Niepotrzebny bajzel.
I na co to wszystko?
Przełożyłem pistolet do lewej ręki, prawą zaś złapałem za nogę trupa, po czym ściągnąłem go z krzesła i powlokłem do przeciwległego pokoju, w którym panowała kompletna ciemność. Pod oknami postawiono kilka wysokich szaf, pomiędzy którymi wepchano szmaty i różne tkaniny, chcąc ocieplić budynek, jak widać, skutecznie. Mimo uszczelnienia słyszałem przez cienkie deski, co działo się na zewnątrz, a raczej, co działo się w pozostałych trzech chatach. Głośne rozmowy wymieszane ze śpiewami i odgłosami rodem z baru – dźwięki sztućców, talerzy i szklanek. Zabawa trwała w najlepsze, póki co.
Znowu poczułem wstyd, że brałem w tym udział. Jak oni będą na mnie po tym patrzeć? Jak na typowego rzeźnika, który za pieniądze zrobi wszystko. Cała nasza przyjaźń pójdzie się zwyczajnie je*ać, bo…
Poczułem wibrujący w górnej kieszeni kurtki telefon. Zaciągnąłem zwłoki w kąt, przymknąłem drzwi, po czym wytargałem aparat z dna i odebrałem, nie patrząc nawet na to, kto dzwoni.
Gdybym wiedział, prawdopodobnie cisnąłbym nim w kąt.
-Radek?! – krzyknął do słuchawki Masterton. – Gdzie ty ku*w…
-Nie teraz! – rozkazałem stanowczo.
-Gdzie jesteś?
-Nieważne…
-Więc jednak.
Wiedziałem, że się domyśli. pierdo*ony wróżbita.
-Jednak co? – udałem, mizernie tłumiąc w mym głosie wyraźnie słyszalny strach.
-Nie bój się. Choć nawet ja nie robię takich rzeczy, to wraz z resztą wybaczymy ci ten jeden raz.
-Wybaczyć co?! – wrzasnąłem, uderzywszy czubkiem tłumika pistoletu w ścianę, omal nie robiąc dziury w starej desce.
-To, że dałeś się na to namówić. – rzekł Jonathan, kończąc rozmowę.
Stałem przez chwilę wpatrzony w wyświetlacz telefonu – tapetę, którą stanowiło zdjęcie kontrabasu, stan baterii i godzinę – 21:42. Zerknąłem w najciemniejszy kąt pokoju, w którym leżało ciało zabitego przeze mnie stalkera – nie było go widać, jak się zresztą spodziewałem. Poza tym… jeszcze trzy minuty i już nie będę się musiał niczym przejmować. Ponoć Masterton i reszta mi wybaczy.
21:43. Dwie minuty.
Wybrałem prędko numer Igora. Odezwał się po pierwszym sygnale.
-I…? – zamyślił się pytająco.
-Ślijcie ich. – rozkazałem. – Dwóch do mnie, reszta tam gdzie ustaliliśmy. Przedłużam czas o dwie minuty.
-Będą u ciebie za dwadzieścia.
-Marek?
-Po nim.
21:47 i będzie po wszystkim.



-Jezu… - sapnął Graham, czując kolejny napływ bólu w żołądku. Wyjrzał jeszcze raz przez okno, tak, jakby widok ośnieżonej, różnokolorowej choinki miał go jakoś uspokoić. Zauważył przemykających obok niej szybkim krokiem dwóch mężczyzn. Nie dziwił się, widząc tempo ich chodu, zważywszy uwagę na chłód, który dosłownie wpędzał do najbliższego ciepłego pomieszczenia niczym gorąc zachęcał do zimnej kąpieli.
Ile on już tu…
Za siedemnaście dziesiąta. Ponad pół godziny spędzonej na sraczu przez głupi nawyk obżarstwa. Na szczęście Graham czuł, że nadchodzi kres jego niestrawności i zdąży przynajmniej skosztować barszczu Marka.
Obstawiał jeszcze góra dziesięć minut.


Dwójka „cyngli” przekroczyła próg pomieszczenia. Na sam ich widok aż mnie zmroziło.
Nie, wyglądali całkiem normalnie. Ten po lewej miał wręcz przyjazną, okrągłą twarz, można by rzec, grubą, nie pasowała ona jednak do zwartego ciała poniżej. Nawet ciemne, gęste włosy wyglądały sympatycznie. Całości przyjemnego wrażenia dopełniał czarny, gęsty zarost, któremu niewiele brakowało do brody. Oczy, małe, czarne niczym węgiel i głęboko osadzone w ironiczny sposób mówiły „Tak, ja też określam siebie mianem „do rany przytul”.”.
Mężczyzna po prawej wyglądał już nieco bardziej poważnie – miał pociągłą, a zarazem szeroką, kanciastą twarz, był także wyraźnie starszy od swego towarzysza – oceniłem jego wiek na około trzydzieści pięć lat. Zamiast zrostu dookoła podbródka po nosem nosił niewielki, lecz równie czarny wąsik, mocno kontrastujący z bladą skórą. Nie widziałem jego włosów, ponieważ nosił na sobie dość nisko opuszczoną czarną, wełnianą czapkę.
Cóż… zawsze, kiedy wiem o kimś, że ma za sobą lata służby w Specnazie, mrozi mnie na jego widok, choćby wyglądał na najsympatyczniejszego i najmilszego człowieka na świecie i tak też się zachowywał, wciąż czułbym do niego pewne uprzedzenie, zupełnie jak teraz. Pozostawało mi cieszyć się, że są po mojej, a nie innej stronie.
Jeszcze bardziej zmroził mnie widok dwóch wyciągniętych przez nich AKMS’ów, z których każdy doczepiony miał wielki, bębnowy magazynek. Póki co, zawiesili je sobie na plecach, a w dłoniach chwycili po tłumionym Tokariewie.
-Ilu jest na zewnątrz, znaczy się, „dla nas”? – spytał wyższy z żołnierzy.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-My bierzemy chatę obok. – odrzekłem, przeładowując Colta. Schowałem go niedbale za pazuchę i wyszedłem z „gastronomicznej” chaty, po czym skierowałem się w stronę tej pełniejszej. Robiła ona za tutejsze miejsce do pogawędek, tam zebrali się wszyscy stalkerzy oczekujący na przybycie do dwóch pozostałych chat, w których równo o dziesiątej miała się zacząć wigilia. Jako, że zostało już niewiele czasu, większość ze stalkerów usiadła już przy stole i tam wyczekiwała dziesiątej – w „barze” pozostało, wedle przebywającego tam współpracownika Igora, ledwie dziewięciu ludzi.
Obejrzałem się przez plecy. Dwójka członków Specnazu szła za mną, zerkając nerwowo na boki. Popatrzyłem w lewo i zauważyłem, że kryjący się w lesie oddział Igora przesunął się kilka metrów do przodu, wstępując na skraj gaju.
Niejednego mógł zastanawiać brak ochrony całej wioski – brak ogrodzeń, budek wartowniczych, nawet pojedynczego strażnika. Jednak do tej pory stalkerzy przejmowali się jedynie mutantami; nie do pomyślenia było, aby wojsko bez żadnego ostrzeżenia zaatakowało obóz samotników – była to abstrakcja, rzecz nie do pomyślenia, niczym hitlerowskie obozy zagłady za czasów drugiej wojny światowej – choć poglądy faszystów były znane, ludziom nie mieściło się w głowie, by pogląd wcielić w życie i tym samym dziennie mordować kilku tysięcy ludzi. Tu sprawa miała się podobnie – choć między stalkerami a rządem Ukrainy iskrzyło od dłuższego czasu i dochodziło do pewnych „incydentów”, ani jedna, ani druga strona nawet nie myślała o otwartej wojnie, ataku któregoś z należących do nich obozów, baz. Po prostu trzymali się od siebie z daleka, nie kryjąc wzajemnej niechęci.
Jednak stało się coś, przez co rząd podjął dzisiejszą decyzję. Nie znałem szczegółów i prawdę mówiąc, nie miałem zamiaru ich znać. „Wystarczyło” mi to, że uczestniczyłem w pierwszej zbrodni wojska wobec stalkerów – zwykłym skurwysyństwie, wymordowania kilkunastu Bogu ducha winnego ludzi, których nawet nie znałem, uczestniczących w pierwszej w Zonie wigilii.
Tkwiłem w błędnym kole – choć dotarło już do mnie w końcu, że robię źle, musiałem doprowadzić tą rzeź do końca, inaczej skończyłbym jak Marek – zadźgany ukradkiem i porzucony w lesie.
Są chwile, w których trzeba się przemóc…


Usłyszałem dziwny, przytłumiony odgłos, po którym coś załomotało w podłogę. Sekundę później zza drzwi łazienki rozległ się krzyk, któremu również towarzyszył łomot. Pękające szkło, jakby ktoś pociągnął pełen kuchennych zastaw obrus i zerwał go ze stołu. Cichy, przytłumiony syk, coś, co przypominało z brzmienia wtapiający się w kawał mięsa nóż, kroki, kilkanaście chaotycznych, panicznych kroków, kolejny łomot.
Podciągnąłem i zapiąłem spodnie, błagalnie wyjrzałem przez okno.
Choinka, chyba najoczywistszy zaraz po Świętym Mikołaju i prezencie symbol Bożego Narodzenia naśmiewał się ze mnie. Manifestując swym niewzruszonym, śmiałym obrazem ducha świąt naigrywał się z tego, że za drzwiami obok jakieś gnoje mordowały moich kolegów.
Po tej dziwnej myśli natychmiast w końcu dopadł mnie strach. Niepokojące odgłosy za drzwiami stawały się coraz głośniejsze, podobnie jak kroki. Prawdopodobnie nie miałem szans z oprawcami, ale przynajmniej miałem okazję zabić któregoś z nich.
Zanim zdążyłem złapać leżącego przy umywalce Uzi ktoś wyważył drzwi ubikacji – w progu stanął wysoki mężczyzna, mierzący do mnie z zakończonego tłumikiem Colta. Dobrze zapamiętałem jego twarz – niewzruszoną, zimną, ale mimo to jakby niepewną.
Czyżby tego gnoja targała jakaś wątpliwość?
Trafił mnie w szyję, po czym odwrócił się przez plecy i oddalił. Upadając, widziałem strzępki dużego pokoju, w którym jeszcze niedawno bawili się moi przyjaciele – zanim boleśnie wylądowałem na plecach, ujrzałem fragment zakrwawionej, sztywnej dłoni, ściskającej pokryty kapustą widelec.
Z każdą sekundą brakło mi tchu, a ból stawał się coraz bardziej nieznośny. Wierzgając się we wszystkie strony, próbowałem wymacać swój pistolet, by chociaż przyspieszyć swoją nieuchronną śmierć.
„Kula w szyję to koniec.”
Awatar użytkownika
Valentino
Opowiadacz

Posty: 109
Dołączenie: 06 Lis 2007, 12:02
Ostatnio był: 08 Sty 2015, 23:18
Miejscowość: Z Ekranu Rejestracji
Frakcja: Naukowcy
Kozaki: 8

PoprzedniaNastępna

Powróć do Teksty zamknięte długie

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości