Wczoraj wieczorem skończyłem Metro 2033. Ugh.
TEKST BĘDZIE ZAWIERAŁ SPOILERY DOT. ZAWARTOŚCI UTWORU!Na początek: wydawnictwo Insignis, tłum. pana Podmiotko... Ile razy za łeb się łapałem, czytając pierdoluty. Powiedzcie mi, czy ten utwór, ku*wa, nie przechodził korekty? Przez ponad 650 stron nie uświadczyłem ani jednego "także" - za każdym razem pisane rozdzielne, ani "wgłąb" - tak, jak wcześniej. Nie wiem, może to taki styl - chciałbym tak o tym myśleć, ale teraz nadal wygląda to na olanie tematu i nie sprawdzenie tekstu przed wydrukowaniem. Podejrzewam, że statystyczny czytelnik nawet by się nie skapnął, że coś jest nie tak, najwyżej zastanawiał, czy to jego źle uczyli, czy to we fragmencie jest błąd. No ale mnie razi.
Sam tekst - stylistycznie w zasadzie nic ciekawego. Nie zauważam tam nic konkretnego, co mogłoby być unikatowe dla Głuchowskiego. Co prawda jest to mój pierwszy utwór z całego uniwersum. Powoli będę zaliczał kolejne, może coś się uda znaleźć. W każdym bądź razie - narracja w porządku, z opisami różnie, raz nużyły i nijak nie szło sobie wyobrazić opisywanych miejsc/scen/wydarzeń, innym razem klimat wprost wylewał się z kartek.
Bohaterowie, których Artem napotyka na swojej drodze są... różni, ale szalenie ciekawi. Jest Chan, Michaił Porfie(cośtam) z chorym dzieckiem, dwóch mężczyzn na jakiejś tam stacji, brygada Guevarystów... No, są. I co z tego, skoro o Chanie i Michaile pamiętam w zasadzie dlatego, że pojawili się pod koniec utworu, o gościach ze stacji Artem myślał sporo czasu po spotkaniu, a brygada Guevarystów zapadła mi w pamięć, bo... "Che Guevara to mój ziomek" jak się dowiedziałem ostatnio od "patriotów Hajnowskich"

Fabularnie też nic - z Artema-Kloca prowadzi do Artema-Dajcie-Mi-Spokój-I-Najlepiej-O-Nic-Nie-Pytajcie. Bohater jest prowadzony jak po sznurku i gdzieś w połowie utworu zaczyna się tylko brnąć przez stronice.
PONIŻEJ SPOILERY. W trakcie spotkania z chłopakami Czwartej Rzeszy (nazwę musiałem znaleźć na mapie, bo nie pamiętam) wiadome jest, że nie umrze, a "zwrot akcji" w postaci napadnięcia ich przez... kogoś tam (Guevaryści?) jest do przewidzenia. No bez przesady: wieszać chłopa już w połowie książki? Przecież samo przez się można zrozumieć, że przeżyje

Główny wątek ogólnie często się gubi i niewykluczone, że połapię się w tym wszystkim dopiero, gdy przeczytam książkę po raz trzeci. A już wiem, że przeczytam. Szczególnie po dobrnięciu do połowy rozdziału 19. Wtedy dopiero zaczyna się robić ciekawie. Zakończenie to właściwie jedyna tak naprawdę zaskakująca rzecz w tym utworze. I choć Artem jest przez znaczną większość tekstu "bezpłciowy", to przy napisie KONIEC zrobiło mi się go żal.
Dobrze, że potem była jeszcze "Ewangelia według Artema". Krótki tekst pisany w pierwszej osobie, w którym narratorem jest Artem. Nie będę się rozckliwiał - wystarczy, że zrobiła to ze mną "Ewangelia". Złapała za kark, rzuciła na glebę i zamiotła w ciemny kąt. Krótko mówiąc: MIAZGA.
I choć - podsumowując - "Metro 2033" jako książka jest wytworem rozreklamowania i nakręcenia się odbiorców przez "modę" na post-apokalipsę, to... polecam ją przeczytać. Tylko i wyłącznie dla ostatnich... sześćdziesięciu stron (wliczając w to "Ewangelię"). Rozkładają momentalnie na łopatki. Szkoda trochę, że cały tekst nie jest taki, jak zakończenie, wtedy wręcz wciskałbym egzemplarz każdemu do rąk. Ale i tak warto. Dla ostatnich stron... warto.
No i wreszcie będę mógł zagrać w grę... Obiecałem sobie, że nie przejdę Metro 2033, póki nie przebrnę przez książkę.