przez Valentino w 14 Maj 2009, 20:13
Rok 2000.
Zjadł zdecydowanie za dużo.
Karp, kilkanaście pierogów, ogromny zraz – wszystko to popite wielką, wręcz przyprawiającą o mdłości ilością czerwonego barszczu. Zawsze objadał się niczym dziki wieprz, ale nigdy nie jadł tak dużo jak w Boże Narodzenie. Ilość potraw, samo wyczekiwanie na sposobność spożycia ich w tą niezwykłą okoliczność, jaką były święta, zwiększały nienasycony apetyt Grahama. Zwykle, tak jak teraz, odkupywał to godzinami spędzonymi w toalecie, nie były one jednak widocznie na tyle złe, by zapobiec przyszłorocznemu obżarstwu. Tym razem dopadła go dość silna niestrawność i jeszcze silniejszy ból brzucha; był on jednak do wytrzymania.
Kiedy skończy, wróci na swoje miejsce przy wigilijnym stole i pełnienia grzechu obżarstwa. Ku zdumieniu wszystkich jego znajomych, Graham nie był gruby, wręcz przeciwnie – był doskonałej kondycji fizycznej, silny, wysportowany i dobrze zbudowany. Zawdzięczał to nie tyle ćwiczeniom, co wyjątkowo dobrej przemianie materii – już od dziecka pamiętał, jak pomagała ona mu zachować odpowiednią wagę.
-Święta w Zonie… - mruknął z lekkim niedowierzaniem, wyjrzawszy przez okno.
Chyba najbardziej przydatne wykorzystanie dawnej zabudowy, jakie Graham w życiu widział.
Do czterech chat wioski niedaleko Prypeci ponad tydzień temu wniesiono stoły, krzesła, sprzęt grający oraz dekoracje, które jeszcze do wczoraj leżały w pudłach, dziś zaś spoczęły na lampach, oknach i drzwiach drewnianych budynków.
Dwa dni temu umieszczono w każdej z nich przenośny grzejnik, który juz uruchomiono ubiegłej nocy tak, by zdążyć „nagrzać” każdą chatę; na zewnątrz było wyjątkowo zimno i nieprzyjemnie, a prognoza z dnia na dzień się pogarszała. W miarę możliwości polokowano i pouszczelniano okna każdej ocieplanej chaty tak, by zachować w środku gorące powietrze. Co do drzwi, o dziwo, były one sprawne w każdej z chat, co było „zasługą” mieszkających tu ponad rok temu handlarzy, którzy w pewnym stopniu wyremontowali okoliczne pomieszczenia i urządzili sobie tu coś w rodzaju targu. Po paru miesiącach jego niezwykle owocnego funkcjonowania handlarze postanowili jednak przenieść się bliżej Zony i jej niebezpieczniejszych, bardziej znanych terenów; nie każdy miał ochotę na kilku kilometrowy spacer nieznanymi ścieżkami, często naszpikowanymi anomaliami. Fakt miało to swoją zaletę; do Targu zjeżdżała się sama elita, która wydawała u kupców prawdziwy majątek, mimo to handlowcy postawili na powszechność i łatwy dostęp swoich usług.
Wynieśli cały sprzęt, wymontowali nawet okna, ale drzwi zostawili, ułatwiając tym samym w znacznym stopniu zadanie stalkerom, którzy podjęli się zorganizowania wigilii.
Na pierwszy rzut oka wydawało się to niemożliwe – wystarczyło wypowiedzieć sobie w duszy słowo „Zona”, pomyśleć o wszystkich Jej „urokach” i tym, z czym najczęściej się kojarzy, by się zniechęcić. Jednak nawet w Zonie było kilku ludzi dobrych woli; nie tyle mądrych, do odważnych, by choć zaprezentować innym pomysł urządzenia wigilii w takim miejscu jak Strefa. Po oczywistym zdziwieniu i niewątpliwie ironicznym parsknięciu śmiechem stalkerzy zastanowili się jednak głębiej nad tą kwestią – była niezwykle kusząca, mogła w pewnym stopniu pomóc mieszkańcom Zony i…
-Nie… - syknął Graham, zaciskając pięść ze złości. Nienawidził, kiedy jego rozmyślania szły w złą stronę i traciły swój początkowy rytm. – Inaczej…
Wigilia była po prostu dobra.
Tak, użycie tak prostego i wręcz prymitywnego słowa jak „dobra” nieco zdziwiło Grahama, ale uznał on to za lepsze niż wielominutowe wymienianie różnorakich epitetów. Ta „obiektywna” strona pojęcia „dobre” (dla niektórych, przykładowo, oznacza to, że będzie miał okazję kogoś zabić) zawierała w sobie wszystkie pozytywy związane z wigilią; choć nikłe, to zawsze – poczucie wspólnoty większe niż to odczuwane podczas wypadu, rozmowy w barze czy…
Po prostu niepowtarzalne.
Te święta były po prostu potrzebne, a w szczególności w Zonie; mimo wszystkich dziejących się w niej okropieństw, a może właśnie dlatego – by dać żyjącym w niej ludziom choć trochę normalności. Potem? Niech robią co chcą; wrócą do tego, czym się na co dzień zajmują – wypraw, morderstw czy polowań.
Ale ten jeden dzień Zona miała być nie do poznania – widząc ją w święta ludzie mieli sobie zadawać pytanie „I to ta niesławna Strefa?”, mieli uznać nazywanie skażonego Czarnobyla piekłem za niedorzeczne.
Przez społeczność stalkerów przewijało się setki różnorakich pomysłów, w których nie brakowało dobrego zamysłu i szczytnych intencji. Ale tym razem w parze razem z intencjami miało iść wcielenie w życie i dotrzymanie obietnic „złożonych” w teorii.
Miał to być spokojny, zwyczajny dzień, tak bardzo różniący się od każdego innego – tych, które wypracowały opinię Zonie i stalkerom.
-No i się udało… - mruknął Graham, znowu patrząc przez okno (jedno z dwóch w całej „wiosce”) na, uwaga, bogato przyozdobioną choinkę. Niezwykły, za to bardzo krzepiący widok.
-Nie uważasz, że to lekka przesada? – spytał Marek, obserwując gotujący się barszcz. Bulgotał, aż miło, wypełniając pokój swym aromatem – mimo tradycyjnego przepisu dominował w nim uwielbiony przez Marka czosnek. Nie mógł się doczekać, by go spróbować, mimo, że musiał poczekać jeszcze ledwie dwie minuty, wydawało się to dla niego za dużo.
„Głodny jestem!” – pomyślał błagalnie.
-Może trochę… - odpowiedział siedzący przy kuchennym stoliku Daniel. Od godziny rozmawiał z Markiem, podczas gdy ten szykował barszcz, teraz zaś zeszli na temat „zakupów”. Otóż Daniel od ponad dwóch tygodni przymierzał się do zakupu nowej broni – odkąd w wyniku spotkania z pewnym stalkerem, prawdopodobnie pracującym dla wojska, stracił swój karabin, nie mógł nawet zapolować na obłażącego ze skóry psa. Przesiadywanie w bazie, barze czy jakimkolwiek innym obozowisku nie tyle go dołowało, co zwyczajnie irytowało – od zawsze rozpierała go energia, a polowanie na mutanty… było najlepszym sposobem na rozładowanie się.
-Znam jednego gościa… Adama. – Marek powąchał barszczu. Był prawie gotowy.
-I co z nim? – spytał Daniel.
-Załatwi ci tego samego Remingtona za osiemdziesiąt procent tego, za ile chce ci sprzedać ten twój znajomy.
-Ale nówkę?
-Oczywiście, że tak. On sprzedaje same nówki, chyba że chcesz jakiś kolekcjonerski egzemplarz.
-Kolega poszukuje rządowego Colta.
-Jedenastkę? – domyślił się Marek, skręcając gaz w kuchence.
-Ta, jeden z pięciuset egzemplarzy na cały świat, Sing coś-tam… Mam to gdzieś zapisane, jutro ci powiem konkretnie i pogadasz z tym Adamem.
-W porządku…
-Słyszałem, ba, widziałem kiedyś ten model. Chyba nawet ma go jakiś stalker…
-Gdybyś mi go załatwił, byłbym bardzo wdzięczny. – zapewnił Daniel. – I jak? – spytał po paru sekundach milczenia.
-Chwila… - Marek chwycił w prawą dłoń dużą łyżkę, zanurzył ją w zupie, po czym spróbował sto… sto… sto dwudziestego trzeciego barszczu zrobionego w swoim trzydziestoletnim życiu. Raz, dwa, trzy – miła liczba.
-Jak zwykle… - mruknął z zadowoleniem. – Idealny. Idź do… Kur…! – Marek urwał nagle, łapiąc się za brzuch. Po dwóch sekundach koszmarnego bólu nastąpiła niespodziewana chęć na…
-Co ci? – zaniepokoił się Daniel, widząc chwiejącego się Marka.
-Muszę… do kibla! – wysapał Marek, biegnąc w kierunku drzwi.
-Zajęty!
-Co?! – stalker zdążył otworzyć już drzwi. Stanął we framudze, gorączkowo łypiąc oczyma. – Przez kogo?
-Graham…
-Kurwa! – Marek wypadł z chaty tak gwałtownie i szybko, że stłukł szybkę w drzwiach wejściowych. Już w przedpokoju poczuł chłód, na zewnątrz jednak był on tak nieprzyjemny, że stalker miał chęć zawrócić do środka. Robić w krzaki w jakimś w lesie przez tego zasranego debila-obżartucha! To się nazywa upokorzenie…
Wciąż trzymając się za brzuch, ominął przerobioną na kuchnię chatę dookoła i skierował się w stronę najbliższego, większego skupiska drzew, którego nie oświetlały nawet lampki wielkiej choinki. Mimo wszystkich niedogodności wsłuchiwał się w przyjemny dla jego ucha suchy dźwięk gniecionego śniegu.
Biegnąc obok niej, kołysząc nerwowo głową i zmagając się z setkami jaskrawych światełek poczuł się jak w pędzącym pociągu w słoneczny dzień – choć zdarzyło mu się to ostatnio dopiero kilka lat temu, poczuł, że zaraz dopadnie go atak padaczki. Zamknął oczy i pobiegł kilka metrów na oślep, lewą, wolną ręką osłaniając się przed ewentualnymi gałęziami. Po czterech sekundach przestał odczuwać mdłości, oddaliły się one wraz ze światełkami choinki oraz ozdób, podobnie jak widmo ataku epilepsji. Brakowało mu tylko papieru do pełni szczęścia w tym nieszczęściu.
W końcu.
Zacieniony, wolny od czyjegokolwiek wzroku zakątek.
Otworzyłem powoli drzwi i wszedłem do przedpokoju. Poczułem zapach świeżego barszczu i kilku innych potraw – ciekaw byłem, czy Marek zdążył już którejś z nich spróbować. Poczułem nieprzyjemny ścisk w żołądku.
„To śmiecie.”
Po czterech krokach dotarłem do otwartych drzwi prowadzących do kuchni. Tutaj czosnkowo-ziołowy aromat osiągnął już apogeum, poczułem się jak w ekskluzywnej restauracji podającej tradycyjne potrawy. Znowu ten ścisk…
„…gnoje!”
W kuchni, przy okrytym ceratą stoliku siedział młody mężczyzna, wyraźnie zaniepokojony. Nie wyglądało na to, aby miał przy sobie jakąkolwiek broń – nie widziałem żadnej wypukłości ni w okolicy pasa czy klatki piersiowej. Jeśli w ogóle miał jakiś pistolet, to trzymał go najpewniej za plecami, wepchnięty w spodnie.
-Gdzie Marek? – spytałem go.
Mężczyzna spojrzał się w moją stronę nieco zaskoczony, jakby dopiero zauważył moją obecność. Obadał mnie spojrzeniem, po czym odpowiedział.
-Wybiegł za potrzebą. Masz do niego jakąś sprawę? – zaciekawił się po chwili.
Nie mogłem się powstrzymać od ironicznego uśmieszku, który szybko jednak zniknął z mojej twarzy, zmyty przez kolejną wątpliwość, po której zaś z kolei znowu w mej głowie rozbrzmiało propagandowe hasełko.
„sku*wysyny!”
Nigdy w życiu nie czułem się tak niepewnie. Ale byłem już za daleko, żeby się wycofać.
-Martwi nie mówią… - mruknąłem, wyciągając pistolet z kabury, po czym wymierzyłem go w młodego stalkera. Singer mfg Co., jeden z pięciuset egzemplarzy na świecie, wart ponad trzydzieści tysięcy dolarów, nigdy nie miałem zaś ochoty przeliczać tego na ruble czy hrywny. Moje samouwielbienie miało pewne granice.
Przebłysk sceny z wczorajszego prania mózgu wywołał u mnie mimowolny skurcz mięśni, przez co kula Colta zamiast trafić stalkera w głowę wwierciła się w jego szyję.
Okropieństwa tego widoku nie dało się opisać słowami, toteż nie próbowałem. Zamiast tego skupiłem się i wycelowałem jeszcze raz, tym razem prosto w czoło.
Stalker umilkł zanim łuska zdążyła drugi raz odbić się od podłogi. Zakrwawiona ręka zsunęła się z szyi i opadła bezwładnie, chlapiąc wszystko dookoła krwią. Niepotrzebny bajzel.
I na co to wszystko?
Przełożyłem pistolet do lewej ręki, prawą zaś złapałem za nogę trupa, po czym ściągnąłem go z krzesła i powlokłem do przeciwległego pokoju, w którym panowała kompletna ciemność. Pod oknami postawiono kilka wysokich szaf, pomiędzy którymi wepchano szmaty i różne tkaniny, chcąc ocieplić budynek, jak widać, skutecznie. Mimo uszczelnienia słyszałem przez cienkie deski, co działo się na zewnątrz, a raczej, co działo się w pozostałych trzech chatach. Głośne rozmowy wymieszane ze śpiewami i odgłosami rodem z baru – dźwięki sztućców, talerzy i szklanek. Zabawa trwała w najlepsze, póki co.
Znowu poczułem wstyd, że brałem w tym udział. Jak oni będą na mnie po tym patrzeć? Jak na typowego rzeźnika, który za pieniądze zrobi wszystko. Cała nasza przyjaźń pójdzie się zwyczajnie je*ać, bo…
Poczułem wibrujący w górnej kieszeni kurtki telefon. Zaciągnąłem zwłoki w kąt, przymknąłem drzwi, po czym wytargałem aparat z dna i odebrałem, nie patrząc nawet na to, kto dzwoni.
Gdybym wiedział, prawdopodobnie cisnąłbym nim w kąt.
-Radek?! – krzyknął do słuchawki Masterton. – Gdzie ty ku*w…
-Nie teraz! – rozkazałem stanowczo.
-Gdzie jesteś?
-Nieważne…
-Więc jednak.
Wiedziałem, że się domyśli. pierdo*ony wróżbita.
-Jednak co? – udałem, mizernie tłumiąc w mym głosie wyraźnie słyszalny strach.
-Nie bój się. Choć nawet ja nie robię takich rzeczy, to wraz z resztą wybaczymy ci ten jeden raz.
-Wybaczyć co?! – wrzasnąłem, uderzywszy czubkiem tłumika pistoletu w ścianę, omal nie robiąc dziury w starej desce.
-To, że dałeś się na to namówić. – rzekł Jonathan, kończąc rozmowę.
Stałem przez chwilę wpatrzony w wyświetlacz telefonu – tapetę, którą stanowiło zdjęcie kontrabasu, stan baterii i godzinę – 21:42. Zerknąłem w najciemniejszy kąt pokoju, w którym leżało ciało zabitego przeze mnie stalkera – nie było go widać, jak się zresztą spodziewałem. Poza tym… jeszcze trzy minuty i już nie będę się musiał niczym przejmować. Ponoć Masterton i reszta mi wybaczy.
21:43. Dwie minuty.
Wybrałem prędko numer Igora. Odezwał się po pierwszym sygnale.
-I…? – zamyślił się pytająco.
-Ślijcie ich. – rozkazałem. – Dwóch do mnie, reszta tam gdzie ustaliliśmy. Przedłużam czas o dwie minuty.
-Będą u ciebie za dwadzieścia.
-Marek?
-Po nim.
21:47 i będzie po wszystkim.
-Jezu… - sapnął Graham, czując kolejny napływ bólu w żołądku. Wyjrzał jeszcze raz przez okno, tak, jakby widok ośnieżonej, różnokolorowej choinki miał go jakoś uspokoić. Zauważył przemykających obok niej szybkim krokiem dwóch mężczyzn. Nie dziwił się, widząc tempo ich chodu, zważywszy uwagę na chłód, który dosłownie wpędzał do najbliższego ciepłego pomieszczenia niczym gorąc zachęcał do zimnej kąpieli.
Ile on już tu…
Za siedemnaście dziesiąta. Ponad pół godziny spędzonej na sraczu przez głupi nawyk obżarstwa. Na szczęście Graham czuł, że nadchodzi kres jego niestrawności i zdąży przynajmniej skosztować barszczu Marka.
Obstawiał jeszcze góra dziesięć minut.
Dwójka „cyngli” przekroczyła próg pomieszczenia. Na sam ich widok aż mnie zmroziło.
Nie, wyglądali całkiem normalnie. Ten po lewej miał wręcz przyjazną, okrągłą twarz, można by rzec, grubą, nie pasowała ona jednak do zwartego ciała poniżej. Nawet ciemne, gęste włosy wyglądały sympatycznie. Całości przyjemnego wrażenia dopełniał czarny, gęsty zarost, któremu niewiele brakowało do brody. Oczy, małe, czarne niczym węgiel i głęboko osadzone w ironiczny sposób mówiły „Tak, ja też określam siebie mianem „do rany przytul”.”.
Mężczyzna po prawej wyglądał już nieco bardziej poważnie – miał pociągłą, a zarazem szeroką, kanciastą twarz, był także wyraźnie starszy od swego towarzysza – oceniłem jego wiek na około trzydzieści pięć lat. Zamiast zrostu dookoła podbródka po nosem nosił niewielki, lecz równie czarny wąsik, mocno kontrastujący z bladą skórą. Nie widziałem jego włosów, ponieważ nosił na sobie dość nisko opuszczoną czarną, wełnianą czapkę.
Cóż… zawsze, kiedy wiem o kimś, że ma za sobą lata służby w Specnazie, mrozi mnie na jego widok, choćby wyglądał na najsympatyczniejszego i najmilszego człowieka na świecie i tak też się zachowywał, wciąż czułbym do niego pewne uprzedzenie, zupełnie jak teraz. Pozostawało mi cieszyć się, że są po mojej, a nie innej stronie.
Jeszcze bardziej zmroził mnie widok dwóch wyciągniętych przez nich AKMS’ów, z których każdy doczepiony miał wielki, bębnowy magazynek. Póki co, zawiesili je sobie na plecach, a w dłoniach chwycili po tłumionym Tokariewie.
-Ilu jest na zewnątrz, znaczy się, „dla nas”? – spytał wyższy z żołnierzy.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-My bierzemy chatę obok. – odrzekłem, przeładowując Colta. Schowałem go niedbale za pazuchę i wyszedłem z „gastronomicznej” chaty, po czym skierowałem się w stronę tej pełniejszej. Robiła ona za tutejsze miejsce do pogawędek, tam zebrali się wszyscy stalkerzy oczekujący na przybycie do dwóch pozostałych chat, w których równo o dziesiątej miała się zacząć wigilia. Jako, że zostało już niewiele czasu, większość ze stalkerów usiadła już przy stole i tam wyczekiwała dziesiątej – w „barze” pozostało, wedle przebywającego tam współpracownika Igora, ledwie dziewięciu ludzi.
Obejrzałem się przez plecy. Dwójka członków Specnazu szła za mną, zerkając nerwowo na boki. Popatrzyłem w lewo i zauważyłem, że kryjący się w lesie oddział Igora przesunął się kilka metrów do przodu, wstępując na skraj gaju.
Niejednego mógł zastanawiać brak ochrony całej wioski – brak ogrodzeń, budek wartowniczych, nawet pojedynczego strażnika. Jednak do tej pory stalkerzy przejmowali się jedynie mutantami; nie do pomyślenia było, aby wojsko bez żadnego ostrzeżenia zaatakowało obóz samotników – była to abstrakcja, rzecz nie do pomyślenia, niczym hitlerowskie obozy zagłady za czasów drugiej wojny światowej – choć poglądy faszystów były znane, ludziom nie mieściło się w głowie, by pogląd wcielić w życie i tym samym dziennie mordować kilku tysięcy ludzi. Tu sprawa miała się podobnie – choć między stalkerami a rządem Ukrainy iskrzyło od dłuższego czasu i dochodziło do pewnych „incydentów”, ani jedna, ani druga strona nawet nie myślała o otwartej wojnie, ataku któregoś z należących do nich obozów, baz. Po prostu trzymali się od siebie z daleka, nie kryjąc wzajemnej niechęci.
Jednak stało się coś, przez co rząd podjął dzisiejszą decyzję. Nie znałem szczegółów i prawdę mówiąc, nie miałem zamiaru ich znać. „Wystarczyło” mi to, że uczestniczyłem w pierwszej zbrodni wojska wobec stalkerów – zwykłym skurwysyństwie, wymordowania kilkunastu Bogu ducha winnego ludzi, których nawet nie znałem, uczestniczących w pierwszej w Zonie wigilii.
Tkwiłem w błędnym kole – choć dotarło już do mnie w końcu, że robię źle, musiałem doprowadzić tą rzeź do końca, inaczej skończyłbym jak Marek – zadźgany ukradkiem i porzucony w lesie.
Są chwile, w których trzeba się przemóc…
Usłyszałem dziwny, przytłumiony odgłos, po którym coś załomotało w podłogę. Sekundę później zza drzwi łazienki rozległ się krzyk, któremu również towarzyszył łomot. Pękające szkło, jakby ktoś pociągnął pełen kuchennych zastaw obrus i zerwał go ze stołu. Cichy, przytłumiony syk, coś, co przypominało z brzmienia wtapiający się w kawał mięsa nóż, kroki, kilkanaście chaotycznych, panicznych kroków, kolejny łomot.
Podciągnąłem i zapiąłem spodnie, błagalnie wyjrzałem przez okno.
Choinka, chyba najoczywistszy zaraz po Świętym Mikołaju i prezencie symbol Bożego Narodzenia naśmiewał się ze mnie. Manifestując swym niewzruszonym, śmiałym obrazem ducha świąt naigrywał się z tego, że za drzwiami obok jakieś gnoje mordowały moich kolegów.
Po tej dziwnej myśli natychmiast w końcu dopadł mnie strach. Niepokojące odgłosy za drzwiami stawały się coraz głośniejsze, podobnie jak kroki. Prawdopodobnie nie miałem szans z oprawcami, ale przynajmniej miałem okazję zabić któregoś z nich.
Zanim zdążyłem złapać leżącego przy umywalce Uzi ktoś wyważył drzwi ubikacji – w progu stanął wysoki mężczyzna, mierzący do mnie z zakończonego tłumikiem Colta. Dobrze zapamiętałem jego twarz – niewzruszoną, zimną, ale mimo to jakby niepewną.
Czyżby tego gnoja targała jakaś wątpliwość?
Trafił mnie w szyję, po czym odwrócił się przez plecy i oddalił. Upadając, widziałem strzępki dużego pokoju, w którym jeszcze niedawno bawili się moi przyjaciele – zanim boleśnie wylądowałem na plecach, ujrzałem fragment zakrwawionej, sztywnej dłoni, ściskającej pokryty kapustą widelec.
Z każdą sekundą brakło mi tchu, a ból stawał się coraz bardziej nieznośny. Wierzgając się we wszystkie strony, próbowałem wymacać swój pistolet, by chociaż przyspieszyć swoją nieuchronną śmierć.
„Kula w szyję to koniec.”